Boom! Kolejna bomba wybuchła. Niczym ataki amerykańskiej floty na Hiroszimę i Nagasaki, tak Liverpool splądrował miasto Manchester i pozbawił ich nadziei najpierw na wygraną City w Carling Cup, a następnie – zaledwie kilka godzin temu – wyrzucił za burtę w ostatnich minutach odwiecznego wroga, Manchester United. Cóż za cudowny tydzień! – chciałoby się rzec.
Jednak końcowy gwizdek przyniósł mi na myśl nie tyle ekstremalną radość, która wybuchła chwilę wcześniej i spowodowała, że nie dość że obudziłem swoją chorą dziewczynę ze snu (co ona, biedna, musi czasami ze mną przechodzić, to aż sam jej współczuję po takich wybuchach, jak dzisiaj), to z pewnością słyszeli mnie też wszyscy współlokatorzy oraz sąsiedzi, jeśli nie całe Crawley. Za wszelkie uszczerbki na zdrowiu z tego powodu reklamacje proszę składać do Dirka Kuyta, ja natomiast skupię się na meritum sprawy. Otóż, mimo że nasz mecz nie był porywającym widowiskiem z naszej strony – wystarczy spojrzeć w statystyki i dokładnie przeanalizować niektóre okresy naszej gry – to jednak zagraliśmy wyrównane spotkanie i pokonaliśmy United.
Zdarzało się, że byliśmy stroną przeważającą, szczególnie w drugiej odsłonie meczu widać było, że to nam bardziej zależy na zwycięstwie mimo oddania inicjatywy Man United, jednak zapomnieliśmy o jednej zasadniczej kwestii: strzały w światło bramki. Zaraz pewnie ktoś wytknie, że przecież oddaliśmy 14 uderzeń, z czego 9 znalazło się w świetle bramki, jednak - z całym szacunkiem do MU, jakiego resztki jeszcze posiadam – z takim niepewnym bramkarzem, jak David De Gea, powinniśmy napastować strzałami bramkę Diabłów z każdej możliwej pozycji. Dziecko mojej koleżanki ma na co dzień mniej w pieluszce, niż 21-letni Hiszpan, kiedy wychodzi na boisko w Anglii, jednak na szczęście to nie nasz problem, ile fekaliów w spodenkach posiada De Gea i kto musi go przebierać. Koniec końców udało się nam osiągnąć zamierzony cel.
Zastanawia mnie tylko jedno: gdzie podziali się nagle krytycy Dalglisha? Aż mam wielką ochotę sparafrazować klasyczny utwór Republiki „Biała Flaga”. Starsi kibice i osoby w klimatach rockowych z pewnością kojarzą ten wers, gdzie śp. Grzegorz Ciechowski śpiewał „Gdzie oni są, gdzie wszyscy moi przyjaciele?”. Pozwoliłbym sobie to zmienić na „Gdzie oni są? Gdzie wszyscy Króla są krytycy?”, a to tylko dlatego, że po pierwszej połowie już można było zauważyć komentarze na polskich forach wśród zatwardziałych znawców tematu, jak to Dalglish dobrał fatalną taktykę i drewniany skład z Carrollem na szpicy. Dobra, mogę się zgodzić, wystawienie Carry na defensywnym pomocniku nie było zbyt mądrym posunięciem, gdyż nasza legenda nie wniosła zbyt wiele w meczu, jednak nie zapominajmy ciągle, że trzy dni wcześniej zagraliśmy morderczy półfinał z Manchesterem City i zawodnicy to nie roboty i nie zregenerują się w godzinę czy dwie, niczym baterie telefonów komórkowych.
Rozumiem, można krytykować Dalglisha za takie, a nie inne decyzje (sam ogromnie dziwiłem się zmianie Gerrarda, jednak była to zaledwie sekunda, po której przyszła odpowiedź: grał cały mecz w środę, a we wtorek wracamy na ligowe boiska), jednak przypominam, że ten zespół ciągle jest w przebudowie. Mówią o tym eksperci w Anglii, mówił o tym w wywiadach dla nas James Pearce, piszą o tym na angielskich forach. Posłużę się krótkim cytatem: jeżeli uważacie, że Dalglisha powinno się zwolnić, nie powinniście nazywać się fanami Liverpoolu. Dalej będę upierał się w fakcie, że Kenny jest właściwą osobą na właściwym stanowisku, a o argumentach, których nie chce mi się powtarzać, pisałem tutaj i tutaj, a wspomógł mnie wspomniany James Pearce.
Większość polskich kibiców chce powrotu Rafy Beniteza? A niby dlaczego? Bo za niego graliśmy w Lidze Mistrzów i w pierwszym roku po cudzie w Istambule wygraliśmy ten prestiżowy garnek? Niech każdy przypomni sobie, co było potem, a następnie wyniki Rafy z Interem, gdzie miał porządnych właścicieli i uporządkowaną kadrę (tak gdyby ktoś chciał się doczepić tego, że Rafa miał ciężkie warunki pracy w Liverpoolu). Szanuję Beniteza za to, co zrobił dla Liverpoolu i co robi ciągle, włączając się w akcje charytatywne, jednak jego sześć lat już się skończyło. Teraz jest czas Dalglisha, Dalglisha, który pracuje tu zaledwie rok, a doprowadził nas do pierwszego finału od 2007 roku i jest na dobrej drodze do sukcesu w kolejnym Pucharze. Podobnego zdania są zresztą właściciele, więc raczej niczym więcej, niż pluciem żółcią i jadem na lewo i prawo, krytycy wiedzący lepiej, co dzieje się w szatni, nie wskórają.
Na koniec słówko o dzisiejszej atmosferze na Anfield. Doping kibiców obu zespołów po prostu zmiażdżył wszystko wokół. O dziwo, śpiewali też kibice United, jednak natychmiastowo byli zagłuszani przez naszych fanatyków, co dało sporą motywację drużynie the Reds. Niestety, znalazło się też paru idiotów, którzy musieli zniszczyć atmosferę wielkiego święta futbolu. O incydencie kretyna, którego wypuścili z zoo z genami goryla już pisaliśmy na stronie i mam wielką nadzieję, że ten człowiek nie postawi już swojej stopy na Anfield, jednak chcę nawiązać do zachowania grupki kibiców MU. Ponoć trzech sympatyków, wychodząc z Anfield, opluło tablice upamiętniające tragicznie zmarłych 96 kibiców Liverpoolu, a znajomi mówili też, że ze strony sektora zajmowanego przez fanów Czerwonych Diabłów kilkakrotnie dało się słyszeć obraźliwe przyśpiewki o Hillsborough.
Mam tylko jedno do fanów Diabłów: jeśli wymagacie szacunku do tragedii w Monachium i swoich czarnoskórych zawodników, okażcie go również nam i temu, co stało się wielką tragedią dla 96 rodzin, które na zawsze straciły bliskie osoby! Mam nadzieję, że odpowiednie organy ścigania w końcu ukrócą ten proceder, a my będziemy mogli ponownie cieszyć się fantastyczną atmosferą wielkiego piłkarskiego święta, jakim są niewątpliwie mecze Liverpoolu z Man United.
Dziękuję za uwagę.
Jednak końcowy gwizdek przyniósł mi na myśl nie tyle ekstremalną radość, która wybuchła chwilę wcześniej i spowodowała, że nie dość że obudziłem swoją chorą dziewczynę ze snu (co ona, biedna, musi czasami ze mną przechodzić, to aż sam jej współczuję po takich wybuchach, jak dzisiaj), to z pewnością słyszeli mnie też wszyscy współlokatorzy oraz sąsiedzi, jeśli nie całe Crawley. Za wszelkie uszczerbki na zdrowiu z tego powodu reklamacje proszę składać do Dirka Kuyta, ja natomiast skupię się na meritum sprawy. Otóż, mimo że nasz mecz nie był porywającym widowiskiem z naszej strony – wystarczy spojrzeć w statystyki i dokładnie przeanalizować niektóre okresy naszej gry – to jednak zagraliśmy wyrównane spotkanie i pokonaliśmy United.
Zdarzało się, że byliśmy stroną przeważającą, szczególnie w drugiej odsłonie meczu widać było, że to nam bardziej zależy na zwycięstwie mimo oddania inicjatywy Man United, jednak zapomnieliśmy o jednej zasadniczej kwestii: strzały w światło bramki. Zaraz pewnie ktoś wytknie, że przecież oddaliśmy 14 uderzeń, z czego 9 znalazło się w świetle bramki, jednak - z całym szacunkiem do MU, jakiego resztki jeszcze posiadam – z takim niepewnym bramkarzem, jak David De Gea, powinniśmy napastować strzałami bramkę Diabłów z każdej możliwej pozycji. Dziecko mojej koleżanki ma na co dzień mniej w pieluszce, niż 21-letni Hiszpan, kiedy wychodzi na boisko w Anglii, jednak na szczęście to nie nasz problem, ile fekaliów w spodenkach posiada De Gea i kto musi go przebierać. Koniec końców udało się nam osiągnąć zamierzony cel.
Zastanawia mnie tylko jedno: gdzie podziali się nagle krytycy Dalglisha? Aż mam wielką ochotę sparafrazować klasyczny utwór Republiki „Biała Flaga”. Starsi kibice i osoby w klimatach rockowych z pewnością kojarzą ten wers, gdzie śp. Grzegorz Ciechowski śpiewał „Gdzie oni są, gdzie wszyscy moi przyjaciele?”. Pozwoliłbym sobie to zmienić na „Gdzie oni są? Gdzie wszyscy Króla są krytycy?”, a to tylko dlatego, że po pierwszej połowie już można było zauważyć komentarze na polskich forach wśród zatwardziałych znawców tematu, jak to Dalglish dobrał fatalną taktykę i drewniany skład z Carrollem na szpicy. Dobra, mogę się zgodzić, wystawienie Carry na defensywnym pomocniku nie było zbyt mądrym posunięciem, gdyż nasza legenda nie wniosła zbyt wiele w meczu, jednak nie zapominajmy ciągle, że trzy dni wcześniej zagraliśmy morderczy półfinał z Manchesterem City i zawodnicy to nie roboty i nie zregenerują się w godzinę czy dwie, niczym baterie telefonów komórkowych.
Rozumiem, można krytykować Dalglisha za takie, a nie inne decyzje (sam ogromnie dziwiłem się zmianie Gerrarda, jednak była to zaledwie sekunda, po której przyszła odpowiedź: grał cały mecz w środę, a we wtorek wracamy na ligowe boiska), jednak przypominam, że ten zespół ciągle jest w przebudowie. Mówią o tym eksperci w Anglii, mówił o tym w wywiadach dla nas James Pearce, piszą o tym na angielskich forach. Posłużę się krótkim cytatem: jeżeli uważacie, że Dalglisha powinno się zwolnić, nie powinniście nazywać się fanami Liverpoolu. Dalej będę upierał się w fakcie, że Kenny jest właściwą osobą na właściwym stanowisku, a o argumentach, których nie chce mi się powtarzać, pisałem tutaj i tutaj, a wspomógł mnie wspomniany James Pearce.
Większość polskich kibiców chce powrotu Rafy Beniteza? A niby dlaczego? Bo za niego graliśmy w Lidze Mistrzów i w pierwszym roku po cudzie w Istambule wygraliśmy ten prestiżowy garnek? Niech każdy przypomni sobie, co było potem, a następnie wyniki Rafy z Interem, gdzie miał porządnych właścicieli i uporządkowaną kadrę (tak gdyby ktoś chciał się doczepić tego, że Rafa miał ciężkie warunki pracy w Liverpoolu). Szanuję Beniteza za to, co zrobił dla Liverpoolu i co robi ciągle, włączając się w akcje charytatywne, jednak jego sześć lat już się skończyło. Teraz jest czas Dalglisha, Dalglisha, który pracuje tu zaledwie rok, a doprowadził nas do pierwszego finału od 2007 roku i jest na dobrej drodze do sukcesu w kolejnym Pucharze. Podobnego zdania są zresztą właściciele, więc raczej niczym więcej, niż pluciem żółcią i jadem na lewo i prawo, krytycy wiedzący lepiej, co dzieje się w szatni, nie wskórają.
Na koniec słówko o dzisiejszej atmosferze na Anfield. Doping kibiców obu zespołów po prostu zmiażdżył wszystko wokół. O dziwo, śpiewali też kibice United, jednak natychmiastowo byli zagłuszani przez naszych fanatyków, co dało sporą motywację drużynie the Reds. Niestety, znalazło się też paru idiotów, którzy musieli zniszczyć atmosferę wielkiego święta futbolu. O incydencie kretyna, którego wypuścili z zoo z genami goryla już pisaliśmy na stronie i mam wielką nadzieję, że ten człowiek nie postawi już swojej stopy na Anfield, jednak chcę nawiązać do zachowania grupki kibiców MU. Ponoć trzech sympatyków, wychodząc z Anfield, opluło tablice upamiętniające tragicznie zmarłych 96 kibiców Liverpoolu, a znajomi mówili też, że ze strony sektora zajmowanego przez fanów Czerwonych Diabłów kilkakrotnie dało się słyszeć obraźliwe przyśpiewki o Hillsborough.
Mam tylko jedno do fanów Diabłów: jeśli wymagacie szacunku do tragedii w Monachium i swoich czarnoskórych zawodników, okażcie go również nam i temu, co stało się wielką tragedią dla 96 rodzin, które na zawsze straciły bliskie osoby! Mam nadzieję, że odpowiednie organy ścigania w końcu ukrócą ten proceder, a my będziemy mogli ponownie cieszyć się fantastyczną atmosferą wielkiego piłkarskiego święta, jakim są niewątpliwie mecze Liverpoolu z Man United.
Dziękuję za uwagę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz