wtorek, 7 lutego 2012

Sound of the Anfield Ground: Znów to samo

Jak ja uwielbiam czytać pomeczowe komentarze na polskich forach kibiców Liverpoolu. Po prostu taka mieszanka perwersyjnej radości pomieszanej z frustracją na sposób myślenia niektórych ludzi i formy wyrażania ich opinii. Cóż można rzec, póki ACTA nie jest w grze, każdy korzysta z wolnego (jeszcze) Internetu i schowany za swoim monitorem wyraża swoje – nie zawsze mądre – opinie. No ale dosyć o tym, pisałem już o tym wielokrotnie, nie zamierzam się powtarzać, bo uznacie mnie, że już na etapie ćwierćwiecza swojego życia postradałem zmysły i potrzebuję co najmniej trzech litrów lecytyny na wzmocnienie moich zwojów mózgowych.

Tottenham nam nie leży – to fakt. Komentatorzy wczorajszego meczu – czy to na Canal Plus Sport czy na Sky Sports – przypominali o bezwzględnych dla the Reds statystykach: ostatnie mecze LFC ze Spurs kończyły się porażkami. W zeszłym sezonie van der Vaart i Modric zapewnili Kogutom zwycięstwo 2-0 na Anfield, wcześniej wygrywając z nami u siebie 2-1, a na początku tego sezonu na White Hart Lane rozbili nas 4-0. Mordercza statystyka mówi dalej, że ostatnie zwycięstwo the Reds zanotowali w styczniu 2010 roku, czyli dwa lata temu! Jednak wczorajszy mecz pokazał, że w końcu gra drużyny prowadzonej przez Kenny’ego się zazębia. Nie mogę się doczekać, aż ktoś zaraz mi wytknie, że to kolejny, 8 już, remis u siebie, jednak jest to remis z drużyną, która w tym sezonie gra naprawdę dobrze i przy zwariowanych w tym sezonie wynikach, może jeszcze sporo namieszać w czołówce.

Dziwne jest to, że niemal każdy spośród polskiej braci Czerwonych komentujących nie potrafi zauważyć dobrych stron tego meczu. Sickman pisał już o tym wcześniej, ja tylko powtórzę za swoim kolegą z redakcji te plusy: dobra gra w obronie; wykluczenie Bale’a, który na dodatek dał się sprowokować i zarobił żółty kartonik; chaotyczne wybijanie piłki przez defensywę Tottenhamu byleby dalej od własnej bramki. Jedyne, czego nam zabrakło, to tego niewdzięcznego szczęścia, aby wpakować futbolówkę do siatki rywala, ale i z drugiej strony mieliśmy tego szczęścia na tyle, żeby nie przegrać tego meczu. Dlaczego nikt nie chwali Pepe Reiny za wybronienie sytuacji sam na sam, która mogła rozstrzygnąć losy meczu? Ano dlatego, że lepiej jest narzekać i gnoić wszystko po kolei, zamiast ściągnąć klapki z oczu i rozejrzeć się szerzej. Odpowiedzmy sobie na pytanie: dlaczego kibice Tottenhamu, mimo słabszego – nie bójmy się tego powiedzieć – występu Kogutów, chwalą swoich piłkarzy za waleczność, wolę zdobycia choćby tego punktu? Czy to tylko pozycja ligowa generuje takie, a nie inne komentarze, czy może po prostu polska społeczność w większości składa się z odsiewu barcelońskich kibiców sukcesu, którzy chcieliby widzieć same wygrane i to najlepiej już od razu, niczym w Football Managerze?

Zagraliśmy nareszcie bez kompleksów, jak równy z równym i mimo nieznacznej przewagi, jaką osiągnęliśmy, udało się tylko zremisować według ‘hejterów’ i pesymistów. Zatrzymaliśmy ostatnie masowe egzekucje, jakie wykonywał na drużynie z Anfield w ostatnich czasach Tottenham – to dalej za mało. Jednak gdy tylko wiatr odnowy zawieje w sobotę i być może wygramy z Man United, będzie można wyczytać wszędzie, jaki to Liverpool nie jest wspaniały, a Andy z Luisem to najlepszy duet snajperski na świecie. Zostawmy jednak te gdybania na później, a teraz cieszmy się z tego, że drużyna gra konsekwentnie i potrafi oprzeć się w końcu swoim katom. Oby to poprawiło się również w meczach ze średniakami, ale jak już pisałem wcześniej, na wszystko przyjdzie czas.

A wszystkim pesymistom i narzekaczom sugeruję zrzucenie winy za wczorajszą remisową porażkę na kota. Ten przynajmniej nie będzie się tym przejmował. Miał swoje pięć minut i trafił na łamy Liverpool ECHO. Reszta go nie obchodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz