Atmosfera napięcia i wojny była wyczuwalna już od rana i to nie tylko ze względu na poranną potyczkę między moimi współlokatorami na Ifield Road, ale również, a może przede wszystkim ze względu na tę jedyną w swoim rodzaju, wyjątkową i unikalną atmosferę meczu derbowego, który już za nami.
Wielu podchodziło do tego spotkania sceptycznie. Bo ostatnio zawodzimy, zanotowaliśmy trzy porażki w lidze, bo zawodnicy grają piach i tak dalej i tak dalej. Wśród kibiców dochodziło do spięć, kłótni, a wyzwiskami, jakie padały w niektórych dyskusjach w kierunku managera, zawodników i samych dyskutujących poszczyciłby się niejeden pan Ziutek albo Maniek spod budki z piwem. Atmosfera nerwowa, każdy ma ochotę kogoś zagryźć, witamy w strefie wojny!
Jednak znawcy piłki nożnej powiedzą, że derby rządzą się własnymi prawami. I tak było też w przypadku dzisiejszego meczu. Everton podchodził do spotkania na Anfield po serii fantastycznych wyników, natomiast Liverpool próbował odbić się z dołka i przełamać niefortunną passę trzech ligowych porażek, o których zresztą już wspominałem. Kto oglądał mecz, widział co się działo na boisku. 217 derby Merseyside były popisem – w mojej egoistycznej, subiektywnej opinii – trzech aktorów: Stevena Gerrarda, który zdobył hat-trick; Luisa Suareza, który nareszcie pokazał, że, poza dwoma zagraniami prosto ze szkółki teatralnej FC Barcelona, potrafi grać w piłkę, co zaznaczył asystując dwukrotnie Kapitanowi i stwarzając wiele groźnych sytuacji oraz Martina Kelly’ego. Gdyby nie trzy bramki Gerro, to właśnie młody Anglik zostałby dla mnie zawodnikiem meczu. Martin pokazał, że nie tylko jest pewnym punktem w defensywie, ale również potrafi zagrozić bramce przeciwnika. Zabrakło szczęścia, by ukoronować swój występ bramką. Następnym razem ,Kells!
Derbowa potyczka została wygrana, napięta atmosfera jakby lekko zelżała, jednak pojawia się tu zasadnicze pytanie: co dalej? Czy to coś zmieni w naszych kolejnych meczach? Cóż, dopóki nie nauczymy się wygrywać meczów z ‘potęgami’ typu Bolton, QPR czy Wigan, nasze nadzieje na wygranie wojny o Ligę Mistrzów, nie mówiąc już o batalii zwanej mistrzostwem Premier League po raz kolejny trzeba będzie odłożyć na bok. Ja jednak wierzę, że plan, który ma wobec nas John Henry oraz Kenny Dalglish odniesie sukces, mimo tego, że będziemy musieli się jeszcze sporo nacierpieć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz