Nogi mi odpadają. Mam masę kilometrów w mięśniach i dwie godziny wczorajszego grania. Zdycham, ale przydało mi się. Wyżyłem się, zeszło ze mnie dużo stresu. I, o dziwo, byłem spokojny na boisku. Jak nie ja. Forma daleka od dobrej, ale i tak nie było tak źle, jak się spodziewałem. Kilka głupich bramek wpadło, nie miałem w ogóle czucia piłki przy nodze i w rękach (rękawice nie chwytały swoją drogą. Czas sprawić sobie nowe, tylko za co? Hm...), sztywny byłem i w ogóle niemrawy, ale z drugiej strony kilka fajnych akcji wybroniłem. Trzeba jeszcze popracować nad kondycją, bo graliśmy dwie godziny, a ja już po 40 minutach zdychałem, mimo że się na bramce stało tylko. Albo i aż. Po 7 miesiącach absencji swój występ oceniam na dostateczny z plusem. Nie było źle, ale do poprawki wiele elementów. Damy radę. Mam czas do 12 czerwca.
-----
Zostałem wykorzystany. Przez ojca. Zrobiłem mu robotę, pomogłem, bo chciałem też zarobić, a nie dostałem zapłaty. Miała być wczoraj i nic. Do domu nie przyszedł na czas, dzisiaj rano, jak wstałem, to już go nie było. Nie mam na bilety do M., jestem wkurwiony i do tego jeszcze znów (normalka, heh) pokłóciłem się z matką. Bo poprosiłem, żeby mi pożyczyła na sieciówkę, abym mógł do pracy jeździć. Taniej wyjdzie dodając jeszcze do tego horrendalne ceny biletów jednorazowych. Ulga studencka się wczoraj skończyła, więc z ceny 1,15 zł podniosło się do 2,30, a do M. z 2,05 do 4,10. Wychodzi prawie 10 zł w jeden dzień, a ja nie zamierzam widzieć się ze swoją narzeczoną tylko dwa razy w tygodniu. Nawet gdyby, to 20 złotych idzie, plus dojazdy codzienne do pracy. Ale według bestii zwanej moją matką, mam sobie chodzić na nogach. Paranoja z poplątaniem i w ogóle szkoda słów. Kiedy zaznam spokoju?
-----
Może kiedyś mi ulżysz i zejdziesz z tego świata?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz