niedziela, 20 listopada 2011

Sound of the Anfield Ground: Najsłabszy na boisku daje zwycięstwo

W powietrzu czuć, że nadchodzi zima. Coraz chłodniejsze dni i mroźne noce są tego ewidentnym znakiem. Jeśli dodasz do tego jeszcze grobową atmosferę na pewnym stadionie w zachodnim Londynie, zdecydowanie możesz stwierdzić, że w takiej scenerii można by nakręcić horror, który będzie mroził krew w żyłach.

I tak właśnie się stało. Na szczęście, tym razem to Czerwoni zafundowali horror kibicom gospodarzy, czyli sympatykom stołecznej Chelsea. Kto oglądał mecz, to wie, że mimo większego posiadania piłki przez drużynę Andre Villasa-Boasa, to Liverpool dyktował tempo gry raz za razem zagrażając bramce strzeżonej przez Petra Cecha i, mimo bramki zdobytej przez Daniela Sturridge’a na początku drugiej połowy, to właśnie podopieczni Kenny’ego Dalglisha mieli więcej woli walki i chęci zwyciężenia w tym spotkaniu.

Jednak co najbardziej przykuło moją uwagę podczas oglądania spotkania na Stamford Bridge, to, poza piekielnie nudną oprawą ze strony kibiców Chelsea, gra Glena Johnsona. W moim mniemaniu zawodnik, który ustawiony jest na prawej stronie bloku defensywnego, powinien mieć pojęcie o grze w obronie. Niestety, co widać zresztą od kilku, jak nie kilkunastu meczów, Anglik bardziej skupia się na grze ofensywnej, a coraz częściej zdarzają mu się błędy właśnie w obronie, gdzie, jako reprezentant Trzech Lwów, powinien grać co najmniej dobrze. Glen, chwała Ci za ten rajd, który dał nam zwycięstwo, jednak czy nie czas pomyśleć o poprawie gry w obronie?

Patrząc na grę Glena, w pewnym momencie, dokładnie po stracie bramki, miałem ochotę wbiec na boisko i spoliczkować naszego zawodnika za to, co robił z nim Juan Mata. Grając na tak wysokim poziomie, nie można dać ogrywać się w taki sposób, jak zrobił to Hiszpan, prawie ośmieszając Johnsona. Koniec końców nic groźnego z tego nie wyszło, ale jeśli Glen ma aspiracje do gry w pierwszym składzie, to może powinien posłuchać głosów kibiców i przekwalifikować się na prawego pomocnika? Uważam, że byłoby to z korzyścią dla drużyny, gdyby na prawej stronie defensywy biegał Martin Kelly, a w pomocy szalał właśnie Glen. Ale to moja osobista uwaga, jednak wydaje mi się, że Kenny mógłby rozważyć tę ewentualność. Bo przecież liczy się dobro drużyny, prawda?

Zdecyduję się jednak puścić to w niepamięć, wszak zwycięzców się nie sądzi. Najważniejsze w tym spotkaniu są trzy punkty dopisane na konto the Reds, które całą pewnością wprawiły w cudowny humor wszystkich kibiców the Reds łącznie ze mną i ociepliły im drogę powrotną z mroźnego Londynu. Teraz tylko podtrzymać tą passę i zwyciężyć kolejny trudny pojedynek z Manchesterem City. Wierzę, że nam się uda i nie przeszkodzi nam w tym nawet zimne powietrze.

Z dedykacją dla Luci Jonesa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz