sobota, 2 czerwca 2012

Sound of the Anfield Ground: Prawie robi WIELKĄ różnicę

Ostatnio coraz bardziej jestem wyczulony na obiektywność w informacjach (a właściwie ich brak) w mediach. Najpierw na mojej twarzy żałosny i szyderczy uśmiech - pomieszany z typowym facepalmem oraz wzrokiem ‘co ja pacze’ - wywołał subiektywny materiał BBC dotyczący palącego ‘problemu’ rasizmu na polskich stadionach podczas Euro 2012. Nie minęło kilka dni, gdy konkurencja po raz kolejny w tym roku spowodowała, że nie wiedziałem, czy się śmiać, czy bić głową w pokucie o zachowanie większego dystansu, obiektywnego nadawania tytułów artykułom oraz choćby o ciut etyki dziennikarskiej.

Na początku chcę oczywiście zaznaczyć, że jest mi niezmiernie przykro z powodu sytuacji, jakie zaistniały w Krakowie podczas tak zwanej dystrybucji biletów na otwarty trening reprezentacji Anglii i których świadkami byli kibice Liverpoolu pragnący zobaczyć swoich ulubieńców na żywo.  Te wydarzenia po raz kolejny podkreśliły jednak, jak bardzo Polska jest niezbyt przygotowana na takie wielkie imprezy. Ludzie, którzy grzecznie stali w kolejce nawet od późnych godzin wieczornych dnia poprzedniego musieli obejść się smakiem, gdyż wejściówki zostały rozdawane zupełnie bez pomysłu. A wystarczyło przecież tylko zastosować inny model, powszechnie używany w krajach Europy Zachodniej: zapowiedzieć, o której jest trening i wpuszczać ludzi bezpośrednio przed nim przez kołowrotki z asystą grupy ochroniarzy, niczym na mecz. Zaoszczędziłoby to ścisku panującego dzisiaj w godzinach porannych przed kasami na ul. Powiśle oraz kompromitującego działania służb porządkowych, których było tam, jak na lekarstwo.

Wróćmy jednak do palącego tematu obiektywizmu oraz etyki dziennikarskiej. Domyślam się, że wielu z Was spotkało się z tekstem na jednym z konkurencyjnych portali poświęconych the Reds. Tekst ów (lub jego podobna wersja) miał pojawić się również i na naszych łamach. Nie opublikowaliśmy tego z jednej przyczyny: osoba, która pisała ten materiał, porównała dantejskie sceny w Krakowie do tragedii na Hillsborough.

Gdy tylko zobaczyłem tytuł artykułu na konkurencji „ O krok od Hillsborough”, poczułem się, jakbym to ja, a nie konkurencyjna redakcja, strzelił sobie w stopę. I to nie pierwszy raz w tym roku... Autor w wyczerpujący sposób skupił się na przedstawieniu całego obrazu całonocnego oczekiwania oraz zdarzeń zaraz po ósmej rano. Było to bardzo subiektywne wyrażenie zdania, jak to biedny kibic Liverpoolu nie dostał biletu na trening reprezentacji Anglii. Zabrakło mi tam jednak nie tyle przecinków, by tekst dało się normalnie przeczytać, ale przede wszystkim obiektywnego spojrzenia na sprawę. Na przykład tego, że fani Liverpoolu nie byli jedynie pokrzywdzonymi, a sami napierali na ludzi, by dostać bilety za wszelką cenę.

Doskonale rozumiem, że mogło tam dojść do tragedii; organizatorzy nie zadbali o należyte bezpieczeństwo, a policja w ilości kilku oficerów w paru radiowozach, zamiast pomagać, wprowadziła jeszcze większy chaos, biorąc od organizatorów bilety i rozdając je kibicom wprost z samochodów. Spowodowało to jeszcze większe zamieszanie, a funkcjonariusze musieli zacząć działać na poważnie, przerywając konwersacje z dziennikarzami, by uchronić przerażone dzieci.  Mogło dojść do tragedii, ale – na szczęście – nie doszło. Porównywanie tego do Hillsborough jest niestety niegodne bycia kibicem Liverpoolu z całym szacunkiem dla osób, które mogły, bądź w jakiś sposób ucierpiały w tych zdarzeniach.

Wielu pewnie będzie się o to spierać, ale uwierzcie mi, nikt z nas nie ma prawa napisać w taki sposób przy żadnej okazji. Tego wymaga etyka – nie tyle dziennikarska, o której uczą na studiach – ale etyka życiowa. Co ja mówię: etyka związana z byciem kibicem Liverpoolu. Spróbujcie porozmawiać z osobą, która straciła kogoś bliskiego na Hillsborough i powiedzcie jej, że wy też braliście udział w takim zdarzeniu, bo PRAWIE doszło do tragedii. A jak wiadomo PRAWIE robi wielką różnicę, nawet podczas tak poważnych wydarzeń, jakimi są przepychanki mogące spowodować, że ktoś straci życie…

Nie do końca rozumiem zatem, jak serwis, który stara się, by być traktowanym poważnie, pozwala sobie na zatytułowanie artykułu, niczym niesławny tytuł pewnej gazety w roku 1989. To zwykły strzał w stopę, lecz to nie mój problem. Na szczęście, bo mam sporo własnych, lecz nie mogłem pozostać obojętny na porównania do tragedii, o której zawsze mówimy z pełnym szacunkiem i oddajemy hołd zmarłym kibicom Liverpoolu. Redaktor naczelny oraz jego podwładni powinni zastanowić się trzy razy, zanim wrzucą coś tak hańbiącego. Tak właśnie: hańbiącego. Całe szczęście, że rodziny Hillsbrough nie rozumieją po polsku, choć gdyby jakiś cudem ktoś z nich dotarł do tego artykułu, widząc nazwę stadionu w Sheffield, pewnie użyłby najprostszego tłumacza i jakoś doszedłby do sedna. A to nie byłoby z pewnością miłe dla wizerunku polskich kibiców the Reds.

Raz jeszcze podkreślę, że jest mi bardzo przykro i z całych sił współczuję wszystkim, którzy przeszli przez ten zupełny brak organizacji i odczuli na własnej skórze, jak bardzo zacofanym krajem jest Polska, jeśli chodzi o organizację imprez masowych. Nie pozwólmy jednak na to, by chory wyścig o przyciągnięcie odbiorcy za wszelką cenę krzykliwymi tytułami w stylu Super Ekspressu, Faktu czy znienawidzonego The S*n wygrał z odpowiednim kibicowaniem oraz etyką.

Na sam koniec polecam wszystkim, których oburzy powyższy tekst, przyswojenie sobie wiedzy na temat wspomnianej etyki dziennikarskiej oraz życiowej. Poczytajcie, pomyślcie i sami wyciągnijcie wnioski. Tylko pamiętajcie o prawach autorskich do swojej wypowiedzi, bo przypadkiem możecie później nabawić się nowej porcji siwych włosów, gdy ktoś bezprawnie skopiuje Waszą własność intelektualną lub – co gorsza – podpisze je zupełnie innym źródłem, niż oryginalne…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz