Ostatnio coraz bardziej jestem wyczulony na obiektywność w informacjach
(a właściwie ich brak) w mediach. Najpierw na mojej twarzy żałosny i
szyderczy uśmiech - pomieszany z typowym facepalmem oraz wzrokiem ‘co ja
pacze’ - wywołał subiektywny materiał BBC dotyczący palącego ‘problemu’
rasizmu na polskich stadionach podczas Euro 2012. Nie minęło kilka dni,
gdy konkurencja po raz kolejny w tym roku spowodowała, że nie
wiedziałem, czy się śmiać, czy bić głową w pokucie o zachowanie
większego dystansu, obiektywnego nadawania tytułów artykułom oraz choćby
o ciut etyki dziennikarskiej.
Na początku chcę oczywiście
zaznaczyć, że jest mi niezmiernie przykro z powodu sytuacji, jakie
zaistniały w Krakowie podczas tak zwanej dystrybucji biletów na otwarty
trening reprezentacji Anglii i których świadkami byli kibice Liverpoolu
pragnący zobaczyć swoich ulubieńców na żywo. Te wydarzenia po raz
kolejny podkreśliły jednak, jak bardzo Polska jest niezbyt przygotowana
na takie wielkie imprezy. Ludzie, którzy grzecznie stali w kolejce nawet
od późnych godzin wieczornych dnia poprzedniego musieli obejść się
smakiem, gdyż wejściówki zostały rozdawane zupełnie bez pomysłu. A
wystarczyło przecież tylko zastosować inny model, powszechnie używany w
krajach Europy Zachodniej: zapowiedzieć, o której jest trening i
wpuszczać ludzi bezpośrednio przed nim przez kołowrotki z asystą grupy
ochroniarzy, niczym na mecz. Zaoszczędziłoby to ścisku panującego
dzisiaj w godzinach porannych przed kasami na ul. Powiśle oraz
kompromitującego działania służb porządkowych, których było tam, jak na
lekarstwo.
Wróćmy jednak do palącego tematu obiektywizmu oraz
etyki dziennikarskiej. Domyślam się, że wielu z Was spotkało się z
tekstem na jednym z konkurencyjnych portali poświęconych the Reds. Tekst
ów (lub jego podobna wersja) miał pojawić się również i na naszych
łamach. Nie opublikowaliśmy tego z jednej przyczyny: osoba, która pisała
ten materiał, porównała dantejskie sceny w Krakowie do tragedii na
Hillsborough.
Gdy tylko zobaczyłem tytuł artykułu na konkurencji
„ O krok od Hillsborough”, poczułem się, jakbym to ja, a nie
konkurencyjna redakcja, strzelił sobie w stopę. I to nie pierwszy raz w
tym roku... Autor w wyczerpujący sposób skupił się na przedstawieniu
całego obrazu całonocnego oczekiwania oraz zdarzeń zaraz po ósmej rano.
Było to bardzo subiektywne wyrażenie zdania, jak to biedny kibic
Liverpoolu nie dostał biletu na trening reprezentacji Anglii. Zabrakło
mi tam jednak nie tyle przecinków, by tekst dało się normalnie
przeczytać, ale przede wszystkim obiektywnego spojrzenia na sprawę. Na
przykład tego, że fani Liverpoolu nie byli jedynie pokrzywdzonymi, a
sami napierali na ludzi, by dostać bilety za wszelką cenę.
Doskonale
rozumiem, że mogło tam dojść do tragedii; organizatorzy nie zadbali o
należyte bezpieczeństwo, a policja w ilości kilku oficerów w paru
radiowozach, zamiast pomagać, wprowadziła jeszcze większy chaos, biorąc
od organizatorów bilety i rozdając je kibicom wprost z samochodów.
Spowodowało to jeszcze większe zamieszanie, a funkcjonariusze musieli
zacząć działać na poważnie, przerywając konwersacje z dziennikarzami, by
uchronić przerażone dzieci. Mogło dojść do tragedii, ale – na
szczęście – nie doszło. Porównywanie tego do Hillsborough jest niestety
niegodne bycia kibicem Liverpoolu z całym szacunkiem dla osób, które
mogły, bądź w jakiś sposób ucierpiały w tych zdarzeniach.
Wielu
pewnie będzie się o to spierać, ale uwierzcie mi, nikt z nas nie ma
prawa napisać w taki sposób przy żadnej okazji. Tego wymaga etyka – nie
tyle dziennikarska, o której uczą na studiach – ale etyka życiowa. Co ja
mówię: etyka związana z byciem kibicem Liverpoolu. Spróbujcie
porozmawiać z osobą, która straciła kogoś bliskiego na Hillsborough i
powiedzcie jej, że wy też braliście udział w takim zdarzeniu, bo PRAWIE
doszło do tragedii. A jak wiadomo PRAWIE robi wielką różnicę, nawet
podczas tak poważnych wydarzeń, jakimi są przepychanki mogące
spowodować, że ktoś straci życie…
Nie do końca rozumiem zatem,
jak serwis, który stara się, by być traktowanym poważnie, pozwala sobie
na zatytułowanie artykułu, niczym niesławny tytuł pewnej gazety w roku
1989. To zwykły strzał w stopę, lecz to nie mój problem. Na szczęście,
bo mam sporo własnych, lecz nie mogłem pozostać obojętny na porównania
do tragedii, o której zawsze mówimy z pełnym szacunkiem i oddajemy hołd
zmarłym kibicom Liverpoolu. Redaktor naczelny oraz jego podwładni
powinni zastanowić się trzy razy, zanim wrzucą coś tak hańbiącego. Tak
właśnie: hańbiącego. Całe szczęście, że rodziny Hillsbrough nie
rozumieją po polsku, choć gdyby jakiś cudem ktoś z nich dotarł do tego
artykułu, widząc nazwę stadionu w Sheffield, pewnie użyłby najprostszego
tłumacza i jakoś doszedłby do sedna. A to nie byłoby z pewnością miłe
dla wizerunku polskich kibiców the Reds.
Raz jeszcze podkreślę,
że jest mi bardzo przykro i z całych sił współczuję wszystkim, którzy
przeszli przez ten zupełny brak organizacji i odczuli na własnej skórze,
jak bardzo zacofanym krajem jest Polska, jeśli chodzi o organizację
imprez masowych. Nie pozwólmy jednak na to, by chory wyścig o
przyciągnięcie odbiorcy za wszelką cenę krzykliwymi tytułami w stylu
Super Ekspressu, Faktu czy znienawidzonego The S*n wygrał z odpowiednim
kibicowaniem oraz etyką.
Na sam koniec polecam wszystkim, których
oburzy powyższy tekst, przyswojenie sobie wiedzy na temat wspomnianej
etyki dziennikarskiej oraz życiowej. Poczytajcie, pomyślcie i sami
wyciągnijcie wnioski. Tylko pamiętajcie o prawach autorskich do swojej
wypowiedzi, bo przypadkiem możecie później nabawić się nowej porcji
siwych włosów, gdy ktoś bezprawnie skopiuje Waszą własność intelektualną
lub – co gorsza – podpisze je zupełnie innym źródłem, niż oryginalne…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz