Miało być tak pięknie. Miał być miód, szczęście i nowe życie. Nasze życie. Niestety, okazało się odwrotnie…
Przeczuwałem, że coś będzie nie tak. Przeczuwałem to, odkąd pieprzony Ted uparł się na przelew pieniędzy między mną i M. poprzez Western. Pytaliśmy w trzech punktach, czy pieniądze może odebrać jakakolwiek inna osoba, niż M. Zapewniali nas, że to może zrobić tylko ona z dowodem osobistym. Nikt inny. Zdecydowaliśmy się i zrobiliśmy przelew.
Cieszyliśmy się jak dzieci tym, że jedziemy, że zaczynamy nasze wspólne życie. Cieszyliśmy się, że uwolnimy się w końcu od absurdu zwanego Polską, że będziemy żyć tam, gdzie czujemy się najlepiej. Promienieliśmy szczęściem. Przygotowałem wszystko starannie, zapakowaliśmy cały nasz dobytek i wysłaliśmy go. Dzień wyjazdu zbliżał się nieubłaganie.
Napisaliśmy do Teda maila, żeby się upewnić, czy będzie na lotnisku. Nie był.
Wszystko mi runęło.
Cały świat zawalił mi się na głowę wtedy. Miałem plany, obiecałem że zaopiekuję się M. Zawiodłem… Załamałem się, mimo że w Liverpoolu jeszcze się jakoś trzymałem. Jedynie w piątek traciłem świadomość i M. musiała mnie cucić. Było mi cholernie ciężko. Nie potrafię opisać, jak bardzo cierpiałem w środku. Moje zachowanie nawet tego nie odzwierciedlało. Czułem się, jakby w środku mnie umarła jakaś cząstka.
Praca była i jest. Anglicy nam pomogli. Spaliśmy na lotnisku, a mimo to żyliśmy całkiem w porządku. Mieliśmy dach nad głową i jedzenie. Ale trzeba było podjąć decyzję i wrócić. Ostatnie pieniądze, które pożyczyliśmy od rodziców, wydaliśmy na bilety. Zwlekaliśmy, ale nie było innego wyjścia. Nie mieliśmy gdzie mieszkać.
Po kupieniu biletów poznaliśmy Polaków, którzy pracowali na lotnisku. Oni dali nam wiarę w to, że możemy zostać, ale było już po fakcie. Pieprzone 24 godziny zrobiły kolosalną różnicę. Mogliśmy zostać, oni by nam pomogli. Niestety, stało się inaczej. Moje zachowanie na lotnisku też na to wpłynęło, niestety…
Przykro mi cholernie z tego powodu. Starałem się, chciałem jak najlepiej. Ja naprawdę chciałem zostać i walczyć. Niestety, załamałem się…
Moja psychika nie wytrzymała tego naporu. Do tej pory żyłem cukierkowo, nie miałem większych strat i załamań, nie licząc zawodów miłosnych i depresji po stracie Jacka. Przeżyłem tamte doły, ale to mnie rozwaliło. Rozwaliło mnie dlatego, że chciałem się w końcu uwolnić od całego syfu w ojczyźnie. Chciałem zacząć swoje życie.
Po powrocie do kraju totalnie się rozwaliłem. Zamieszkałem chwilowo u M. Ale psychicznie byłem na rozstaju dróg. Wtorek po powrocie był makabryczny. Wydawało mi się, że spałem cały dzień. Ale nie, ja śniłem na jawie, zupełnie nieświadomie. Widziałem czarne anioły śmierci, które przyszły po mnie, płakałem jak dziecko. Kiedy matka dzwoniła, ryczałem nie chcąc z nią rozmawiać, bo mnie znów skrzyczy, że to wszystko moja wina. Kilka dni zajęło mi dojście do siebie. I to wszystko dzięki M., która się mną zaopiekowała. Była przy mnie cały czas, pocieszała, tuliła. To ja powinienem był to robić. To ja powinienem był być dla niej oparciem. Było na odwrót. Boli mnie to do tej pory, bo obiecywałem, że się nią zaopiekuję, że będę dla niej jak najlepszy. Nie wyszło. Nie tym razem.
Moje marzenia rozsypały się w piach. Czuję, że nie jest tak, jak było. I że to wszystko przeze mnie. Owszem, tak jest, ale odbuduję to. Kocham ją i będę robił wszystko, żeby ponownie mi zaufała. Wiem, że nie byłem zbyt dobry dla niej, kłótnie, które mieliśmy ostatnim czasem, były zupełnie z błahych powodów. Dopadł nas marazm, bezruch. Czas to zmienić.
W poniedziałek spotkałem się z panią Natalią. To moja psycholog. Rozmawiałem z nią półtorej godziny o moich halucynacjach, o moich trudnościach ze snem i całej sytuacji. Powód jest prosty: stoję na rozdrożu i nie wiem, co zrobić. Zostać w Polsce i dalej próbować znaleźć jakieś godne zatrudnienie, czy zapożyczyć się i jak najszybciej wrócić do UK? Póki co do końca września na pewno zostaję. Skupiam się na odzyskaniu naszych pieniędzy z Western Union oraz na samotnym tym razem, przygotowaniu się do wyjazdu.
Znalazłem pracę. Co prawda na miesiąc i na zlecenie, ale tego mi trzeba. Odpracuję tyle, ile będę mógł. Zrobię, co tylko potrafię, żeby M. znów była szczęśliwa. A potem wyjadę i będę chciał ją ściągnąć do UK. Nurtujące pytanie jest tylko jedno: czy ona będzie tego chciała…
Jestem mocniejszy psychicznie po całej tej przygodzie. Wiem, że teraz sobie poradzę. Muszę mieć tylko wsparcie i czuć miłość. Bo gdzieś zatraciliśmy się w tym wszystkim i musimy się odnaleźć, a to wymaga pracy z obydwu stron. Z mojej najbardziej, ale jestem przekonany, że dam radę. Wiara czyni cuda, a ja idę z wiarą w sercu…
When you walk through a storm,
Hold your head up high,
And don't be afraid of the dark.
At the end of a storm,
There's a golden sky,
And the sweet silver song of a lark.
Walk on through the wind,
Walk on through the rain,
Though your dreams be tossed and blown...
Walk on, walk on, with hope in your heart,
And you'll never walk alone...
You'll never walk alone.
Walk on, walk on, with hope in your heart,
And you'll never walk alone...
You'll never walk alone
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz