poniedziałek, 12 października 2009

18.08.2009 – 08.10.2009

Nasze Maleństwo…
Nie ma Go już. Odeszło. Na zawsze…

Najcięższe dni w moim życiu do tej pory. Tak bardzo się cieszyłem, byłem szczęśliwy, że zostanę tatą, że będę miał dziecko z kobietą, którą kocham najbardziej i najszczęśliwiej na świecie. Wszystko legło w gruzach…

12 godzin w szpitalu. Kłamstwa rodzicom, że na zajęcia, na badanie krwi, do znajomych. A co my mieliśmy powiedzieć? Ani moja matka, ani mama M., by tego nie zrozumiały… Byłaby pomoc, oczywiście, w to nie wątpię, ale potem panika, krzyki, wzajemne wypominanie sobie najgorszego. Zostaliśmy skazani sami na siebie.

Oczy pełne łez, ciągle nowych, napływających znienacka. Ból w sercu, rozpacz, te wszystkie naiwne próby pocieszania, że wszystko będzie dobrze, że nic się nie dzieje. Drogie pielęgniarki, nic się nie dzieje? Straciliśmy NASZE dziecko, NASZE PIERWSZE dziecko…

Byłem przy Niej cały czas. Gdybym tylko mógł odebrać Jej ten ból, cierpienie, zrobiłbym to i wziął na siebie. Trzymałem Ją za rękę, gładziłem, rozmawialiśmy na wszystkie tematy, byleby o tym nie myśleć, nie smucić się, nie płakać. Mimo wszystko, podtrzymywaliśmy się na duchu nawzajem. I potem zabieg. Widziałem M. na badaniu przed tym wszystkim. Płakałem, bałem się o Nią. Wiedziałem, że wszystko będzie dobrze, pani ginekolog zapewniała, że M. ma mocny organizm, że nie będzie komplikacji. I tak się martwiłem, bałem się. Przeklinałem Boga, Szatana i inne bóstwa. Dlaczego musi tak cierpieć, co zrobiliśmy nie tak, że życie tak nas doświadcza? Bałem się. Normalny, pieprzony odruch ludzki, bo bardzo mi na Niej zależy. Mimo naszego kryzysu w związku, braku ufności, zrozumienia, zależy mi na Niej. Siedziałem pod gabinetem, słyszałem stukot narzędzi, pracę lekarki, położnych. Nie umiałem powstrzymać łez. Nie mogłem.

Widziałem Maleństwo, jak wynosili Je w małym, plastikowym opakowaniu. Takie kochane, malusie, 2,5 centymetrowe nasze, wspólne szczęście. Nieśli Je na badania. Nasz dzidziuś... I moje rozdarte ze smutku i rozpaczy serce krzyczało za Nim... Nic nie można już było zrobić...

Ten ból, kiedy M. leżała już po wszystkim… Kiedy się przebudzała… Wspólny płacz, smutek, tęsknota za naszym Maleństwem… To było nasze dziecko, nasze pierwsze, kochane dziecko. Chciałem Go, chciałem Je wychowywać, patrzeć jak rośnie, bawić się z Nim, grać w piłkę, być dla niego najlepszym ojcem. Zamiast tego dostałem ból, rozpacz, rozdarte serce. Nie życzę tego nikomu, najgorszym wrogom oszczędziłbym tego cierpienia.

Muszę być silny. Strasznie to przeżywam, codziennie płaczę, a co dopiero czuje moja kochana M. Chciałbym wziąć od niej cały smutek i tęsknotę oraz ból, odwlec Ją od myślenia o tym. Chciałbym, żeby o tym już nie pamiętała.
Odwiozłem Ją do domu, byłem jak zasypiała, gładziłem po włosach, tuliłem. Ciężko jest opisać to wszystko słowami, co odczuwamy, jakie to dla nas okropne. Wytrzymam to jednak i będę robić wszystko, aby teraz M. czuła się jak najbezpieczniej. Wytrzymam nawet gadania rodziców, choć i tak jest ciężko. Droga Mamo, gdybyś wiedziała, co się stało… Gdybyś tylko mogła w stanie to zrozumieć… Ale nie pojmiesz tego… Żałuję, że nie mogę Ci tego powiedzieć, bo potrzebuję Twojej pomocy, ale to jest niemożliwe. Muszę poradzić sobie z tym wspólnie z M. Tylko i wyłącznie.

Maleństwo kochane, patrzysz już na nas z góry. Jesteś najjaśniejszą gwiazdą na nocnym niebie. Bardzo Cię kochamy i będziemy o Tobie pamiętać. Byłeś i jesteś naszym skarbem.

4 komentarze: