środa, 19 maja 2010

dom wariatów

Weź mnie ktoś z tego domu. Nie mogę, zwariuję albo kogoś zabiję. Co za banda popieprzonych ludzi. Matka już mi tak działa na nerwy, że kiedyś ją uderzę, naprawdę. Przecież to zakrawa na kpinę. Najpierw znów (który to już dzień z rzędu) czepia się włosów, że pasowałoby je ściąć i za nic do niej nie dochodzi, żeby mi dała spokój w tej sprawie. Jak nie włosy, to przy obiedzie się czepia, że nóż nie tak trzymam. Przepraszam bardzo, ale czy ja siedzę w jakiejś ekskluzywnej restauracji?! A teraz znowu, że to JA posiałem ojcu grzebień, bo miał taki sam, jak mój. I oczywiście to jest moja wina. Kiedy mówię, że miałem taki sam i go zabieram do siebie zawsze, to nie, ten grzebień jest ojca i koniec kropka. A ja mam zaniki pamięci. No kurwa mać… Aha, i oczywiście jestem nerwowy i mam sobie kupić tabletki. Szkoda słów.

A jaki mam być? Staram się (Boże, nienawidzę tego stwierdzenia!) być spokojny, panować nad emocjami, ale szlag mnie (na Gubałówkę albo bursztynowy) trafia w tym domu. Czepiacie się cały czas wszystkiego, jakby to moja wina była. Nie ma z Wami normalnego kontaktu. A ja tylko proszę o trochę spokoju, bo w piątek mam cholernie ważny test. Czy to tak wiele? Wystarczy mi stresu, jaki mam w pracy. Boję się tego testu i chcę go zdać, więc potrzebuję spokoju. A od wczoraj go nie mam.

I skup się tu, człowieku.

Ale oczywiście sam sobie winny jestem. Grzebień zniknął przeze mnie, Tupolew pewnie też przeze mnie spadł. No i ta powódź to też moja wina, a co! Taki już mój los. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić.

Jednego jestem pewny. Spokój będzie po śmierci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz