Ponownie przed meczem z Manchesterem United mam swoiste déjà vu. Po raz kolejny przed ważnym spotkaniem Liverpoolu mam mały mętlik życiowy. Czy to tylko zwiastun tego, że w sobotę zagramy na Anfield porządny mecz i uzyskamy korzystny wynik?
Pamiętam, jak dwa lata temu również byłem na zakręcie życiowym i pod koniec października szykowałem się do wyjazdu do Anglii. 25 października 2009 roku, pięć dni przed wylotem do miasta Beatlesów, nasz Liverpool podejmował na Anfield znienawidzonego rywala, Manchester United. Obawiałem się tego spotkania, bo z Czerwonymi Diabłami zawsze grało nam się ciężko. Jednak zwycięstwo przyszło nad wyraz łatwo, gole Fernando Torresa i Davida Ngoga zapewniły nam trzy punkty i pozwoliły myśleć o nawiązaniu równorzędnej walki o upragniony tytuł mistrzowski.
To, jak historia lubi się powtarzać, widać w tym roku. Ponownie zbliża się mecz z Manchesterem United i ja ponownie szykuję się na wielką emigrację. Odłóżmy jednak na bok moje problemy emocjonalno-zawodowe i skupmy się na najważniejszym wydarzeniu zbliżającej się kolejki Premier League. Lider ponownie przyjeżdża na Anfield i znów, jak od kilku lat, jest faworytem tego spotkania. Jednak czy się potknie? Tego pragnie każdy kibic the Reds, a powtórzenie wyniku z marca byłoby spełnieniem marzeń.
Jakby nie patrzeć, od marcowego spotkania wiele zmieniło się w obu drużynach. Zmiany w drużynie sir Alexa Fergusona pozostawię do oceny specjalistom od ekipy z Old Trafford, skupiając się na poczynaniach drużyny z L4 0TH. Nasza forma ostatnio jest niezbyt ustabilizowana, gramy w kratkę, jednak derbowe zwycięstwo nad Evertonem zwiększyło morale w drużynie. I wydaje mi się, że tym razem przerwa na mecze reprezentacyjne była nam potrzebna, choćby po to, by uspokoić euforię po zwycięstwie nad Evertonem niekoniecznie w dobrym stylu, bo nie oszukujmy się, porywającego spotkania derbowego nasi piłkarze nam nie zaoferowali, a i decyzje sędziego w kilku momentach były co najmniej kontrowersyjne.
Zastanawiający jest jednak fakt, jak Kenny Dalglish zestawi pierwszą jedenastkę. Szczególnie ciekawi mnie linia ataku. Czy znów zobaczymy w linii napadu dwójkę Suarez – Carroll? A może ponownie w ataku pojawi się Dirk Kyut, który zdobył bramkę dla Holandii we wtorkowym meczu przeciwko Szkocji? Sporym zaskoczeniem na pewno byłoby wstawienie do składu na pierwszą linię Craiga Bellamy’ego, jednak jeśli Kenny ustawiłby Walijczyka na lewym skrzydle, a Stewarta Downinga na prawym, to mogłoby to nam dać sporo niekonwencjonalnych opcji w ataku. Nie zapominajmy też o defensywie. Drżę ostatnio za każdym razem, gdy słyszę w pierwszym składzie nazwisko Carragher, ale niestety, na tę chwilę nie widzę innej opcji, niż wystawienie doświadczonego wychowanka na środku obrony. Byleby tylko nie wywinął żadnego numeru pogrążającego nas i dającego zwycięstwo MU. Jak wiemy, jest do tego zdolny (ostatni karny ze Stoke czy niesławne dwie bramki samobójcze w 1999 roku), ale składam ofiary do wszelkich bóstw, by tym razem Carra zagrał porządny mecz i nawet został bohaterem spotkania.
Dwa lata temu mecz z United był przełomowy dla Rafy Beniteza, który zakończył z Liverpoolem sezon zdobywając wicemistrzostwo. Był też przełomem dla mnie, mojej zawodowej kariery i życia prywatnego. To spotkanie zmienia wiele i wierzę, że i tym razem to kibice z Anfield będą mieli więcej powodów do radości, co zaowocuje również końcowym triumfem. A moja emigracja? Cóż… Pewne rzeczy się zmieniają, podobnie jak i priorytety. Najważniejsze jest jednak dążenie do zwycięstwa. Tego życzę sobie i chłopakom z Liverbirdem na piersi. Zwycięstwo musi być po naszej stronie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz