Nie tak wyobrażałem sobie niedzielny poranek po meczu Liverpoolu z Manchesterem United. Pomijając ogromny ból głowy i niechęć do jakiegokolwiek pożywienia spowodowana efektami dnia poprzedniego, czegoś mi tu brakowało. I nie chodzi tylko o brak apetytu i chęci do wstania z łóżka. Brakowało tej satysfakcji. Tej cholernej satysfakcji z trzech punktów…
Miło czytało się przedmeczowe wypowiedzi Sir Alexa czy Wayne’a Rooneya, którzy zgodnie twierdzili, że spotkanie z Liverpoolem będzie jednym z najcięższych. Po raz kolejny Ferguson zrezygnował z wojny psychologicznej, którą jeszcze do niedawna prowadził ciągle jeszcze za panowania Rafy Beniteza na Anfield. Od dwóch spotkań jednak Fergie nie powiedział ani złego słowa na klub z Merseyside, co pokazuje, że w końcu darzy Liverpool szacunkiem, na który zasługuje każdy przeciwnik. To się ceni i brawa dla Pana Fergusona za to podejście.
Sam mecz potoczył się po myśli ekipy prowadzonej przez Kenny’ego. Liverpool grał składnie, imponując zarówno pierwszą jedenastką na boisku, jak i ławką. Po raz pierwszy od długiego, długiego czasu nasi zmiennicy potrafią dać wiele na boisku. Popatrzcie, kto usiadł obok Dalglisha w sobotnim spotkaniu: Carroll, Henderson czy Bellamy to nie są anonimowe nazwiska. A pierwsza jedenastka? Przede wszystkim wielka radość z powrotu do niej Stevena Gerrarda, naszego amuletu i skarbu, który dał nam prowadzenie w meczu z Czerwonymi Diabłami. I wszystko byłoby pięknie i cudownie, jednak ten niedosyt… Jeden, jedyny błąd w kryciu kosztował nas tak wiele i mecz zakończył się podziałem punktów.
Jednak Liverpool pokazał dużo dojrzałości w swojej grze. Składne akcje, połączenie młodości z doświadczeniem spowodowało, że kibice wreszcie zobaczyli taką drużynę, jaką chcieliśmy widzieć od początku. Jedynie brak szczęścia w meczu z Sunderlandem, słaba skuteczność w spotkaniu ze Stoke i fatalny wypadek przy pracy na White Hart Lane spowodowały, że jesteśmy na takim miejscu w tabeli, na którym jesteśmy. Jednak spotkanie z Man United pokazało, że potrafimy grać, jak równy z równym z mistrzem Anglii i po raz kolejny nie wychodzimy na boisko z pesymistycznymi myślami porażki. Bo głównie to było przyczynami naszych wcześniejszych porażek. Teraz to United uważniej gra, nie czuje się tak pewnie na Anfield. Statystyki świadczą o tym dobitnie, w ostatnich czterech meczach piłkarze z Old Trafford zdobyli tylko punkt.
Niedosyt po meczu pozostał, ale mija tak samo, jak ból głowy. Człowiek siedzi cały dzień struty i zastanawia się, z czego ten łeb tak boli, jednak wieczorem uśmiecha się do siebie, że mimo wszystko spędził miły czas dnia poprzedniego. Tak samo jest z meczem z United. Wynik może nie satysfakcjonuje, ale styl gry i morale po tym spotkaniu dają wyraźny sygnał pozostałym ekipom, że Liverpool wraca do gry i łatwo się nie podłoży. Teraz należy wyciągnąć wnioski i popracować nad pojedynczymi błędami i dojdziemy do perfekcji. Oby tak dalej, chłopaki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz