Po raz kolejny budzę się w niedzielę z bólem głowy. Tym razem jest to ból głowy spowodowany nie tym, że wieczorny wypad do pubu przedłużył się z jednego do kilku napojów niekoniecznie bezalkoholowych i oglądnięciu więcej niż jednego meczu, lecz ból głowy spowodowany ogromną nieskutecznością naszego Liverpoolu w sobotnim pojedynku z Norwich.
Nie mogę zrozumieć tego, jak można kreować sobie tyle sytuacji i nie wykorzystywać ich. Przecież do przerwy Liverpool powinien komfortowo schodzić do szatni prowadząc 4-0 i spokojnie rozgrywać drugą połowę. Niestety, każdy widział, że było inaczej. Można mówić, że mamy jakieś fatum średniaków i nie potrafimy z nimi wygrywać, ale dla mnie największym bólem jest nasza skuteczność. Liverpool potrafi przebić się pod pole karne przeciwnika, stwarza zagrożenie, jednak w dwóch ostatnich meczach nasi zawodnicy pokazali, że problemem jest właśnie umieszczenie piłki w sieci. Zastanawiam się, czy aby Kenny nie zapomniał przypadkiem o treningu strzeleckim podczas sesji na Melwood…
Sam Król ostatnio zaskakuje mnie coraz bardziej. Czy gdzieś naszemu zbawcy ze stycznia tego roku zapodziała się magia i pomysł na drużynę? Przypomnijmy sobie to, co Dalglish zrobił z naszą drużyną, kiedy byliśmy w dołku po zeszłosezonowych zawirowaniach. Wiem, przesadzam, teraz nasza pozycja w lidze jest zdecydowanie lepsza od tej sezon temu i obym się mylił w tej kwestii, ale pomijając częste przeprowadzanie zmian w okolicach dopiero 70 minuty, wczorajsza decyzja o wprowadzeniu na boisko Jordana Hendersona za Craiga Bellamy’ego była wielkim nieporozumieniem i osłabieniem magicznego pola wytwarzanego przez naszego managera. Walijczyk walczył na boisku, był ciągle aktywny i stwarzał niesamowite zagrożenie, a przede wszystkim strzelił bramkę. Szczerze, będąc na miejscu Dalglisha zdecydowanie ściągnąłbym z boiska wczoraj bezproduktywnego Downinga lub marnującego sytuacje Luisa Suareza, któremu chyba należy się zimny prysznic i sprawdzenie, jak wygodne siedzenia są na ławce rezerwowej Liverpoolu. Jerzy Dudek z pewnością mógłby bardzo dobrze zarekomendować Urugwajczykowi najwygodniejsze miejsce.
Liverpool musi popracować nad skutecznością, jeśli chce osiągnąć jakikolwiek sukces w tym sezonie. Nie mówię o mistrzostwie, bo na dzień dzisiejszy maszynka do strzelania goli stworzona przez szejków w Manchesterze City jest chyba nie do dogonienia, lecz stare porzekadło w lidze angielskiej mówi, że tytuł mistrzowski wygrywa się właśnie ze średniakami. Takie drużyny jak Norwich, WBA czy Stoke powinny wyjeżdżać z Anfield ze sporym bagażem bramkowym, szczególnie z takimi nazwiskami w formacjach ofensywnych, jakimi dysponuje drużyna z czerwonej części Liverpoolu.
Najbliższy mecz w Carling Cup ze Stoke City zweryfikuje, czy nasi chłopcy są w stanie wyciągnąć szybko wnioski ze wczorajszego pechowego wyniku. Polecałbym w ramach przyuczenia oglądnięcia ostatniego meczu Realu Madryt z Malagą, aby pokazać naszym chłopakom, jak wykorzystuje się sytuacje już w pierwszej połowie lub przyjrzeć się statystykom z dzisiejszej demolki, jaką wykonał Manchester City na Old Trafford: 17 okazji bramkowych, siedem strzałów w bramkę, sześć strzelonych goli. Przy naszych 29 okazjach, 15 strzałach w bramkę i zaledwie jednej strzelonej bramce widać, jak wiele nam brakuje do czołówki. Czas najwyższy wziąć się w garść, panowie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz