No to mnie matka zaskoczyła dzisiaj. Budzi się człowiek zmęczony po zmianie, zmaltretowany koszmarami sennymi w nocy i działaniem prochów oraz perspektywą wyjścia do psychiatry, a tu wiadomość, że w środę mamuśka jedzie do Włoch. Już raz tak mówiła jakiś miesiąc czy ileś tam temu, ale tym razem żywy dowód w postaci spakowanej walizki i biletu na stole. No szok.
Z jednej strony się cieszę, bo będzie spokój, z drugiej strony jednak zostanę sam na sam z moimi myślami, bo ojca w domu praktycznie nie ma. Wychodzi rano o 7, wraca po 20 i idzie spać. A mój grafik na ten miesiąc wygląda zachęcająco: pomijając ten tydzień, gdzie mam zmiany do piątku od 16 do północy, potem wygląda jeszcze lepiej. Trzy nocki z rzędu od 16 do 18 sierpnia, potem cztery dni urlopu w związku ze zlotem, powrót 23 sierpnia i dwa dni od 16 do północy, nocki od 27 sierpnia do końca miesiąca i potem wracam 5 i 6 września na 16 do północy. Jedyny fakt tego wszystkiego, że miesiąc zleci szybko i mimo wszystko nie będę miał wiele czasu na zostawanie sam na sam ze swoim chorym umysłem. Zajmę się rozwijaniem umiejętności kucharskich, tata na pewno będzie się cieszył, że będzie miał przygotowany obiad, kiedy wróci z pracy.
Z grafiku wynika też, że jednak dostanę umowę na czas nieokreślony. Jedna wątpliwość z serca. Cieszę się, bo potrzebuję tej pracy, nawet nie jestem w stanie wyrazić tego w słowach, jak bardzo praca w CWT i ludzie w niej mi pomogli. Dziękuję Wam wszystkim za każdą pomoc świadomą i nieświadomą. Bez niej być może nie pisałbym już tych słów...
Bo moja głowa wariuje. Znów mam myśli samobójcze, ale kiedy przychodzę do pracy to jakby się rozpływa, ucieka ode mnie. Potrafię się uśmiechać, żartować, wariować. Ale czy tak jest naprawdę czy tylko ubieram taką maskę na siebie? Nie wiem... Chyba jednak ta druga opcja.
Bo dni, jak dzisiaj są okropne. Namiastka tego, co mnie czeka. Dostałem nowe dawki prochów, mam je brać dwa razy dziennie. Nie chcę, ale bez nich nie potrafię się przystosować do otaczającej mnie rzeczywistości. Tak bardzo chciałbym się przytulić do zaufanej osoby, do osoby, która mnie nie zrani, a nie potrafię zaufać ludziom. Nie potrafię zaufać nikomu. Nawet sobie. To boli. Bardzo boli...
Źle z moją psychiką. Mam zaniki pamięci, po wcześniejszych proszkach nie pamiętam wielu rzeczy, nie pamiętam, jak wracam do domu, nie pamiętam co robię. Żyję jak jakiś człowiek w Matrixie. Chce już wyzdrowieć. Pragnę tego. Czy to tak wiele?
A może lepiej skończyć to wszystko? Tak powoli, z nadzieją na lepsze jutro, na Utopię, żyjąc w marzeniach i wspomnieniach, a nie egzystując na tym świecie?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz