Powietrze pachnie jesienią. Zbliża się. Z każdym dniem, każdą godziną, każdą minutą. Czuć ją szczególnie wieczorami. Cóż z tego, że mamy jeszcze sierpień, skoro wieczór jest już chłodniejszy, z nieba spływa mgła, która sprawia, że jest on inny od tego zwykłego letniego wieczora.
Jesień zawsze mnie fascynowała. Nie potrafię sobie tego do tej pory wytłumaczyć, dlaczego jest tak, że ta depresyjna pora roku zawsze budziła we mnie wewnętrzne pokłady optymizmu. Może właśnie to ostre, chłodne powietrze tak działa? Przez lata się nie zmienia, dalej pachnie tak samo: zapachem końca pewnego stanu, pewnej epoki, pewnego okresu, a jednak tak samo. To powietrze pachniało dokładnie tak samo, kiedy wracałem do szkoły przygotowując się do matury, pachniało tak samo pierwszej jesieni w Liverpoolu. To powietrze pachniało dokładnie tak samo, kiedy szedłem na pierwszy rok studiów, kiedy siedziałem na huśtawce niedaleko Rzeszowa i kiedy do stolicy Podkarpacia zawitał Sabaton, a ja miałem okazję zaprzyjaźnić się z wokalistą tego świetnego zespołu. Powietrze pachniało dokładnie tak samo podczas mrocznych czasów w tamtym roku i pachnie dokładnie tak samo dzisiejszego wieczoru. Jeden zapach: zapach końca i początku; zapach depresji i optymizmu; zapach dobra i zła.
To powietrze daje mi motywację, przywraca natchnienie do pisania. Zawsze dobrze pisało mi się na jesieni i w zimie oraz w deszczu, szczególnie tym jesiennym, właśnie wtedy mój umysł przechodził swoistą transformację, niczym liście na drzewach zmieniają cekolor z zielonych na złote, i pomagał mi wylewać wszystko na papier czy klawiaturę z precyzyjnym użyciem słów, wyrafinowaniem i odpowiednim stylem. To właśnie na jesieni powstawały moje pierwsze Pamiętniki Scousera czy namiastka piłkarskich felietonów, która przerodziła się w stałą kolumnę na LFCPoland.com. To właśnie podczas jesieni przeżywałem pisarskie odrodzenie. Tak było co roku, tak jest i teraz.
Bo znów zaczynam pisać o tym, co czuję. Przez to powietrze, które ochłodziło moją gorącą krew i pobudziło umysł do szybszego i twórczego natchnienia. Może w końcu będę w stanie skończyć opowiadanie, z którym walczę już od ośmiu miesięcy? A może zacznę je kompletnie od nowa? V. by się ucieszyła, gdyby mogła je w końcu przeczytać. Może wrócę do pisania poezji? Może w końcu napiszę coś pięknego dla J.?
A może dalej będę jednak pisał tylko o piłce? Może ten tekst jest tylko wybrykiem natury, wyjątkiem potwierdzającym, że obecnie wszystko trzymam na dystans, nie szastam uczuciami na prawo i lewo? Że traktuję uczucia racjonalnie, nawet autystycznie, jak śpiewają chłopaki z Luxtorpedy? A może to tylko dobre odbicie przysłowia, że mój dom to moja twierdza i nikomu nic do tego? Zbyt wiele tu pytań, a za mało odpowiedzi, bo tak naprawdę ciężko je znaleźć nawet z mapą i GPSem do głębi mojego pokiereszowanego ja. Mojego ja zniszczonego przez alkohol, narkotyki i antydepresyjne proszki w zeszłym roku; mojego ja odbudowanego w tym roku, ciągle uczącego się wszystkiego od nowa. Mojego ja, które powstało z popiołów i odradza się, jak feniks.
Jesień to czas zmian. Jesień przypomina mi też, że z każdym rokiem jestem innym człowiekiem, biedniejszym o niektóre rzeczy, ale bogatszym o nowe doświadczenia, nowe rady. Człowiekiem, który sporo przegrał, ale też wiele wygrał. Lubię jesień i jej depresyjność. Bo ta depresyjność powoduje, że się uśmiecham i myślę pozytywnie.
29 sierpień 2011, 21:40
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz