niedziela, 14 sierpnia 2011

Sound of the Anfield Ground: Pierwsze koty za płoty

Rozpoczął się długo wyczekiwany przez nas wszystkich sezon 2011/12 Barclays Premier League. Jak to mówią, pierwsze koty za płoty, o czym świadczy tytuł tego felietonu, lecz czy aby tak naprawdę jesteśmy z tego zadowoleni?

Z osobistego punktu widzenia stwierdzam, że nie. Czuję spory niedosyt po dzisiejszym meczu i mimo tego, że pierwsza połowa napawała wielkim optymizmem, skończyło się, jak zawsze, czyli po raz kolejny niemrawym startem w nowych rozgrywkach.

Ten remis nie powinien mieć miejsca. Kenny Dalglish wystawił naprawdę mocną jedenastkę na ten mecz, w tym trzy nowe nabytki. Na papierze wyglądało to dość silnie, choć po dogłębnej analizie tego spotkania mam kilka zastrzeżeń, chociażby o wystawienie Johna Flanagana. Ja rozumiem, że młody obrońca miał wspaniałą końcówkę zeszłego sezonu, ale z minuty na minutę popularny ostatnio Flanno grał coraz gorzej. Dziwi mnie ta decyzja Króla, tym bardziej, że w składzie dostępny był Martin Kelly, który, w przeciwieństwie do swojego młodszego kolegi, ma większe doświadczenie w grze w EPL.

Równie bardzo zaskoczyła mnie decyzja o wystawieniu od pierwszych minut Luisa Suareza. Urugwajczyk ponoć sam poprosił Kenny’ego o to, żeby zagrał od początku meczu. Widać, że ciągle jest nakręcony po sukcesie w Copa America, ale czy to była dobra decyzja? Ok, szarpał z przodu, już na początku meczu miał okazję strzelić bramkę z wywalczonego przez siebie rzutu karnego. Jedna czy nie było lepiej strzelać, zanim do Suareza dopadł obrońca i sfaulował naszą „siódemkę”? Ponownie potwierdziła się stara piłkarska prawda, że do strzelania rzutu karnego nie powinien podchodzić zawodnik, który był faulowany. Jednak złoty medalista Copa America zdecydował, że to on wymierzy sprawiedliwość. Z jakim skutkiem, wszyscy wiemy, a szkoda, bo można było zostawić ten karny do wykonania Charlie Adamowi.

Jednak co się odwlecze, to nie uciecze, zmarnowana jedenastka podziałała motywująco na Suareza i chwilę później Luis wpisał się na listę strzelców po dograniu z rzutu wolnego  Szkota biegającego z numerem 26 na koszulce, Była to pierwsza bramka strzelona w nowym sezonie Premier League, jednak na niewiele się ona zdała, gdyż po pięknej i składnej grze w pierwszych 40 minutach, pod koniec pierwszej połowy zaczęło się wkradać włochate stworzonko, przez wielu zwanym zdenerwowaniem, a dla niektórych paniką. Po przerwie widzieliśmy już zupełnie inny Liverpool, Liverpool, który jest nieskuteczny, bez pomysłu na grę. Co mogło być tego przyczyną, skoro w pierwszej połowie nasi zawodnicy grali bardzo składnie i tylko brak szczęścia (wspomniany zmarnowany karny, poprzeczka po strzale Downinga), i decyzja sędziego o nie uznaniu bramki Carrollowi (sędzia Dowd chyba podczas lata brał szkolenie u Howarda Webba w specjalizacji odgwizdywania aptekarskich fauli) spowodowały, że Liverpool do przerwy nie prowadził wyżej.

Dziwi przede wszystkim trzymanie na boisku bezproduktywnego dzisiaj Flanno, o którym już wspomniałem. To właśnie po jego błędzie w kryciu straciliśmy bramkę. Nie ujmując nic strzelcowi, bo gol został zdobyty w naprawdę ładny sposób, takich błędów nie można popełniać w meczu o stawkę. Rozumiem, teraz możemy sobie tylko gdybać, lecz gdyby tam był Kelly…

Zmiany zrobione przez Dalglisha również niewiele wniosły. Może gdyby Dirk Kuyt zagrał od początku na prawej stronie, byłoby z tego więcej pożytku, niż z równie słabego dziś Jordana Hendersona i zamiast Raula Meirelesa na boisku pojawił się będący przecież we wspaniałej formie Alberto Aquilani, to gra wyglądałaby inaczej. Jednak jak już pisałem, gdybać każdy może. Pierwsza kolejka zakończyła się dla nas remisem, choć po letniej aktywności oczekiwano od nas zwycięstwa. Widocznie nie można mieć wszystkiego naraz.

Pozostaje tylko mieć nadzieje, że w następnym meczu Kenny i zawodnicy wyciągną wnioski ze spotkania z Sunderlandem i podczas meczu z Arsenalem w przyszłą niedzielę na Emirates zobaczymy Liverpool grający przez 90 minut to, co grał w pierwszej kolejce przez pierwsze 40  minut, Mamy całe 7 dni na zgranie i naoliwienie wszystkich potrzebnych podzespołów, więc trzymajmy kciuki, aby w kolejnym meczu po ostatnim gwizdku do naszego konta można dopisać trzy punkty za zwycięstwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz