czwartek, 1 września 2011

Sound of the Anfield Ground: Nareszcie można odpocząć!

Szaleństwo. Tak jednym słowem można podkreślić letnie okienko transferowe. Okienko, z którego, jako kibice Liverpoolu możemy być zadowoleni. Aż dziw bierze, prawda? Druga możliwość kupowania i sprzedawania zawodników, a my jesteśmy zadowoleni. Jakieś czary? Jeśli już, to tylko w wykonaniu Króla Kenny’ego Dalglisha.

Czas od pierwszego lipca do 31 sierpnia minął nieubłaganie mimo wielu narzekań, że nic nie będzie się działo. Istotnie, kilkanaście dni było totalnym zastojem, co jednak nie oznacza, że nasz zarząd nie pracował w pocie czoła. Przecież transfery Jordana Hendersona, Stewarta Downinga, Charliego Adama, Alexa Doniego czy Sebastiana Coatesa nie rozstrzygnęły się tak o, niczym w Football Managerze, po kliknięciu klawisza „kontynuuj”.

Jednak prawdziwy boom nastąpił (co chyba nie dziwi w perspektywie zimowego zezwolenia na transfery) w ostatni dzień okienka. Wtedy to dowiedzieliśmy się, że klub opuszcza Christian Poulsen, który dołączył do beniaminka ligi francuskiej Evian; jego śladami podążył na wypożyczenie Joe Cole, który trafił do Lille, a do Boltonu przeszedł David Ngog. Przeżyliśmy też podwójne deja vu. Jedno zapewnił nam Craig Bellamy, który ponownie będzie miał  okazję założyć Czerwoną koszulkę. Drugą formę powtórki zrobił nam jednak Raul Meireles.

Portugalczyk dołączył do Chelsea Londyn. Tak, macie rację, to zagranie dokładnie tego samego kalibru, co zachowanie Fernando Torresa w zimie. Wniosek o transfer złożony w ostatni dzień okienka, szybko dogadane formalności, umowa podpisana. Tak, zgodzę się, na początku poczułem się z tym dziwnie, lecz patrząc na chłodno, zaledwie 55 minut po zamknięciu okienka, uważam to za dobry ruch w wykonaniu Dalglisha. Żaden zawodnik nie jest większy niż Liverpool FC, a jeśli ktoś nie chce grać z Liverbirdem na piersi – droga wolna. Skoro Kenny uważał, że tak będzie lepiej, ja mu wierzę. 12 milionów za dosyć kontuzjogennego zawodnika, który mimo wszystko miał doskonały pierwszy sezon w Anglii, nie jest złą kwotą. Jeśli dodamy do tego jeszcze 50 milionów wyciągnięte z sakiewki Wujka Romka w zimie za Torresa, otrzymujemy 62 miliony, które zostały spożytkowane na transfery Suareza, Downinga, Adama, Enrique i Coatesa. To źle? Moja odpowiedź to nie, nie i jeszcze raz wielkie nie. Spójrzmy też na pomoc Liverpoolu. Czy Raul miał tam miejsce? Pierwsze trzy mecze w lidze pokazały, że nie i to przy kontuzjowanym Gerrardzie. Mimo sympatii, jaką darzę Raula za jego cudowne bramki zdobyte przeciwko Wilkom, Evertonowi czy Chelsea, uważam, że zrobiliśmy na Niebieskich z Londynu kolejny dobry interes.

Wraz z zakończeniem okienka transferowego w Liverpoolu skończyła się pewna era. Nie wiem, czy wszyscy zauważyli, ale the Reds pozbyli się dużego zapasu drewna, które nie pasowało do koncepcji klubu, a które w większości sprowadził Roy Hodgson. Wspomniani już przeze mnie Cole, Poulsen i Meireles nie są już w klubie, podobnie jak Paul Konchesky. Czystki po Royu zostały zakończone, a nawet i po Benitezie, bo oddanie Aquy na kolejne wypożyczenie, czy sprzedaż Insuy i Kyrgiakosa oraz rozwiązanie kontraktu z Degenem, to też efekt czyszczenia brudu pozostawionego przez dwóch poprzednich managerów Liverpoolu. Teraz klub emanuje świeżością i ładem zarówno w pierwszej jedenastce jak i na ławce rezerwowych. Pozyskanie tak klasowych zawodników jak Charlie Adam czy Stewart Downing, perspektywa co najmniej kilku lat gry w wykonaniu Sebastiana Coatesa i Jordana Hendersona oraz zabójczy atak Suarez – Carroll – Kuyt – Bellamy napawa tylko optymizmem. Czy możemy spodziewać się kolejnych wybuchów fajerwerków podczas gry naszych pupili? Oby tak i oby te fajerwerki rozświetliły niebo nad Liverpoolem po zakończeniu sezonu i świętowaniu sukcesu, na jaki zdecydowanie stać the Reds podczas tej kampanii.

IN KENNY WE TRUST!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz