poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Sound of the Anfield Ground: Jest tylko jeden Bóg

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Było zimowe popołudnie w 1999 roku, kiedy otrzymałem od cioci w Londynie kasetę z meczem.

- Proszę, oglądnij sobie – powiedziała ciocia. – Na pewno Ci się spodoba.

Z wypiekami na twarzy wrzuciłem kasetę do odtwarzacza i rozpocząłem hipnotyczny seans.

Ukazał mi się stadion pełen rozśpiewanych ludzi ubranych na czerwono i dwudziestu dwóch mężczyzn w sportowych strojach. Wśród nich był On.

Bóg.

To jego zadziorność, nieustępliwość i charakter spowodowały, że wirus przeszedł i na mnie. To On zaszczepił we mnie tę chorobę, na którą nie znajdę już lekarstwa, a trwa ona już 13 lat.

Robbie Fowler.


Zawodnik, który całe swoje życie oddał Liverpoolowi. Człowiek, który był motorem napędowym tego klubu. Najpierw młokos, który poza grą w piłkę korzystał z życia, czasami aż za bardzo. Każdy z kibiców pamięta, a przynajmniej słyszał o sławnej ekipie Spice Boys z Liverpoolu lat 90. Fowler, Redknapp, Collymore, James i McManaman – piątka playboyów nieprzestrzegająca żadnych zasad – stare dobre czasy.

Jednak Robbie to nie tylko jajcarz (któż nie pamięta jego ‘sławnej’ celebracji po zdobyciu bramki z Evertonem), ale wielki gracz, legenda Liverpoolu, która w XXI wieku powróciła, by ponownie sprawiać cuda w polu karnym. 183 bramki strzelone dla klubu na zawsze dały mu uwielbienie na Anfield.

Uwielbienie, które zaszczepił też we mnie.

Robbie, jestem Ci za to wdzięczny. W dniu Twojego święta życzę Ci spełnienia wszelkich marzeń, a Twoja legenda niech trwa wiecznie.

W przyszłości będę dumny z tego, że mogę opowiedzieć moim dzieciom, wnukom o tym, że kiedyś byłem świadkiem, jak na boisku przebywał Bóg.

I robił prawdziwe cuda.

Dziękuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz