Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Było zimowe popołudnie w 1999 roku, kiedy otrzymałem od cioci w Londynie kasetę z meczem.
- Proszę, oglądnij sobie – powiedziała ciocia. – Na pewno Ci się spodoba.
Z wypiekami na twarzy wrzuciłem kasetę do odtwarzacza i rozpocząłem hipnotyczny seans.
Ukazał mi się stadion pełen rozśpiewanych ludzi ubranych na czerwono i dwudziestu dwóch mężczyzn w sportowych strojach. Wśród nich był On.
Bóg.
To jego zadziorność, nieustępliwość i charakter spowodowały, że wirus przeszedł i na mnie. To On zaszczepił we mnie tę chorobę, na którą nie znajdę już lekarstwa, a trwa ona już 13 lat.
Robbie Fowler.
- Proszę, oglądnij sobie – powiedziała ciocia. – Na pewno Ci się spodoba.
Z wypiekami na twarzy wrzuciłem kasetę do odtwarzacza i rozpocząłem hipnotyczny seans.
Ukazał mi się stadion pełen rozśpiewanych ludzi ubranych na czerwono i dwudziestu dwóch mężczyzn w sportowych strojach. Wśród nich był On.
Bóg.
To jego zadziorność, nieustępliwość i charakter spowodowały, że wirus przeszedł i na mnie. To On zaszczepił we mnie tę chorobę, na którą nie znajdę już lekarstwa, a trwa ona już 13 lat.
Robbie Fowler.

Zawodnik, który całe swoje życie oddał Liverpoolowi. Człowiek, który był motorem napędowym tego klubu. Najpierw młokos, który poza grą w piłkę korzystał z życia, czasami aż za bardzo. Każdy z kibiców pamięta, a przynajmniej słyszał o sławnej ekipie Spice Boys z Liverpoolu lat 90. Fowler, Redknapp, Collymore, James i McManaman – piątka playboyów nieprzestrzegająca żadnych zasad – stare dobre czasy.
Jednak Robbie to nie tylko jajcarz (któż nie pamięta jego ‘sławnej’ celebracji po zdobyciu bramki z Evertonem), ale wielki gracz, legenda Liverpoolu, która w XXI wieku powróciła, by ponownie sprawiać cuda w polu karnym. 183 bramki strzelone dla klubu na zawsze dały mu uwielbienie na Anfield.
Uwielbienie, które zaszczepił też we mnie.
Robbie, jestem Ci za to wdzięczny. W dniu Twojego święta życzę Ci spełnienia wszelkich marzeń, a Twoja legenda niech trwa wiecznie.
W przyszłości będę dumny z tego, że mogę opowiedzieć moim dzieciom, wnukom o tym, że kiedyś byłem świadkiem, jak na boisku przebywał Bóg.
I robił prawdziwe cuda.
Dziękuję.
Jednak Robbie to nie tylko jajcarz (któż nie pamięta jego ‘sławnej’ celebracji po zdobyciu bramki z Evertonem), ale wielki gracz, legenda Liverpoolu, która w XXI wieku powróciła, by ponownie sprawiać cuda w polu karnym. 183 bramki strzelone dla klubu na zawsze dały mu uwielbienie na Anfield.
Uwielbienie, które zaszczepił też we mnie.
Robbie, jestem Ci za to wdzięczny. W dniu Twojego święta życzę Ci spełnienia wszelkich marzeń, a Twoja legenda niech trwa wiecznie.
W przyszłości będę dumny z tego, że mogę opowiedzieć moim dzieciom, wnukom o tym, że kiedyś byłem świadkiem, jak na boisku przebywał Bóg.
I robił prawdziwe cuda.
Dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz