wtorek, 10 kwietnia 2012

Sound of the Anfield Ground: Ku pamięci

Trzy punkty zapewnione. Thriller, bo thriller, ale Liverpool nareszcie może dopisać na swoje konto trzy punkty. O meczu zostanie jeszcze wiele powiedziane i wszystko zostanie dokładnie przeanalizowane.

Ale ja nie o tym chciałem pisać.

Bo co z tego, że graliśmy w dziesięciu od 25 minuty?

Co z tego, że znów o mało nie przetrwoniliśmy dwubramkowej przewagi?

Co z tego, że znów mogliśmy grać bez bramkarza, który sprokurował drugi rzut karny?

To wszystko się nie liczy w obliczu jednego gestu po pierwszej jedenastce.

Gestu, który może zrozumieć każdy człowiek, ale który wzruszy najbardziej osobę, która przeżyła stratę własnej pociechy.


To Brad Jones obronił rzut karny, a potem wyciągnął palec i skierował wzrok ku niebu w swoim debiucie w Premier League w barwach Liverpoolu.

To gest ku pamięci swojego syna, Luki Jonesa, który odszedł w tamtym roku.

Mimo jednego błędu i kilku niepewnych interwencji, w sobotę będzie miał kolejną szansę, by nie tyle udowodnić swoje umiejętności, ale przede wszystkim godnie wystąpić i odnieść sukces dla małego Luki, który spogląda na ojca z góry.

Wierzę w Ciebie, Brad. Dasz radę, bo masz ku temu predyspozycje.

I wierzę, że sobie poradzisz.

Doskonale rozumiem Twój ból.

Sam to kiedyś przechodziłem…

Też straciłem dziecko, a w drugą rocznicę śmierci mojego szkraba rozegrałem najlepszy mecz życia w sparingu z drużyną mojego Taty, zdobywając tytuł zawodnika meczu, a statuetkę zawiozłem na grób Maleństwa.

I dla takich momentów, jak ten rzut karny Brada czy mój mecz, warto walczyć.

Ku pamięci Luki Jonesa i małego Rafy.

Śpijcie w pokoju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz