sobota, 28 kwietnia 2012

Sound of the Anfield Ground: To nie tylko mecz piłkarski, to bitwa kultur

Przechadzając się ostatnio po Liverpoolu rozmyślałem sobie o nadchodzącym finale na Wembley, w którym po raz kolejny spotkamy się z Chelsea. Jako że kulturalna strona miasta natchnęła mnie wyjątkowo bardzo – w szczególności po zeszłotygodniowym marszu gigantów ulicami miasta Beatlesów – postanowiłem wziąć na tapetę nasz mecz z ekipą Roberto Di Matteo i spojrzeć na niego pod trochę innym kątem.

Bez wątpienia jest to spotkanie piłkarskie, nikt temu nie zaprzeczy. Na boisko wychodzi 22 facetów, by biegać za kawałkiem skóry i próbować wbić ją do bramki przeciwnika, by potem wznieść do góry pozłacany kawałek metalu uformowany w kształt pucharu. Ale w tym konkretnym meczu nie chodzi tu tylko o piłkę. To spotkanie dwóch różnych kultur.

Zbierając materiały do tego reportażu w znanej przez wielu ludzi Formule usłyszałem jedną historię z niebieskiej strony. Pamiętacie rok 2002, kiedy Everton spotkał się na Stamford Bridge z Chelsea przy okazji meczu w Pucharze Ligi? Nie martwcie się, ja też tego nie pamiętałem, mimo wszystko historia jest warta przytoczenia.

Przed meczem dwóch Scouserów – Wayne Rooney i Alan Stubbs – zdecydowało się zabić czas oczekiwania na mecz i wybrać się do pobliskiej agencji nieruchomości Kinleigh, Folkard i Hayward.

Ubrani w klubowe dresy spoglądało na ceny nieruchomości, kiedy zostali poproszeni o opuszczenie agencji, gdyż inaczej zostanie wezwana policja.

Powód ?- spytacie. Nietrudno zgadnąć, specyficzny akcent i ubiór nie pasował do Londynu, więc uznano ich za potencjalnych włamywaczy, którzy obserwują cele do obrobienia.

Ale zostawmy Everton, który może wzbudzać niechęć i konsternację co najwyżej na Fulham Road. W przypadku Chelsea i Liverpoolu gniew wzrasta.

Kiedy obie drużyny spotkają się za tydzień na Wembley, stawką nie będzie tylko FA Cup. Do pucharu dojdzie do tego jeszcze reputacja i szacunek całego stylu życia.

Północ kontra południe.

Klasa robotnicza kontra mieszczaństwo.

Czerwoni kontra Niebiescy.

Historia kontra brak historii.

The Kop kontra The Shed End.

Możemy konkurować z nimi nawet w telewizji, wszak Liverpool może poszczycić się własnym serialem o imprezującej części miasta czyli Desperate Scousewives puszczanym na kanale E4. Londyn może pochwalić się bardziej wyrafinowanym Made In Chelsea, który jest emitowany również na tym samym kanale.

Różnice klasowe zawsze miały znaczenie, kiedy obie drużyny się spotykały. Jednak ostatnio, w szczególności po tym, jak Roman Abramowicz pomógł Chelsea  wyczyścić się z tumanów kurzu, jakie zalegały na klubie i przy pomocy pieniędzy wprost z Rosji udało mu się stworzyć chwilową maszynkę do wygrywania wszystkiego. No, prawie wszystkiego. Zaspokojenie ambicji i wygranie Ligi Mistrzów do tej pory nie zostało spełnione.

Jeśli chodzi o Champions League, to każdy pamięta nasze potyczki oraz nieustające batalie między Rafą Benitezem i Jose Mourinho. Tym samym Jose Mourinho, który próbował wyrwać Stevena Gerrarda z klubu, który kocha.

No i Fernando Torres. To wyjaśnia wszystko.

To oczywiste, że ostatnie spotkania, zwłaszcza po wykupieniu Chelsea przez Abramowicza spowodowały, że fani obu klubów patrzą na siebie z pogardą. W latach 70 i 80 był to dla nas po prostu nic nie znaczący mecz. Tymczasem od ery Abramowicza the Reds mierzyli się z Chelsea ponad 30 razy, a sytuacja była zaogniona od lata 2004 roku podczas pracy Beniteza w Liverpoolu, a Mourinho w Chelsea.

Puchar Anglii odgrywał tutaj również dużą rolę. Mało z nas obecnie kibicujących pamięta wygraną Liverpoolu nad Chelsea na ich własnym stadionie na drodze do dubletu w 1986 roku oraz wygraną Chelsea w 1997 roku, która ze stanu 0-2 potrafiła wyciągnąć wygraną 4-2.

Podczas moich rozmów z ludźmi, spotkałem opinie o tym, że rywalizacja sięga o wiele dalej, niż tylko początek XXI wieku. Wielu wspominało półfinał FA Cup z 1965 roku, gdzie Liverpool pokonał Chelsea. Kibice Liverpoolu śpiewali wtedy piosenki, a Chelsea milczała. Dla wielu ludzi właśnie od tego zaczęła się rywalizacja i różnice.

Jak to wygląda z punktu widzenia kibica Chelsea? Dotarłem do kibica Chelsea, który z Niebieskimi jest od długiego czasu i należy do oficjalnego stowarzyszenia kibiców the Blues. Tim potwierdza fakt, że Chelsea w latach 70 i 80 niemal nie istniała na piłkarskiej mapie historii, pomijając kilka drobnych sukcesów, jak wspomniana wygrana 4-2 nad Liverpoolem w 1978 roku czy w 1982 roku.

Tim przyznaje, że w ostatnich 10 latach to Chelsea ma więcej powodów do dumy, jednak przez blisko 30 lat nie było co porównywać. Anglik nie kupuje jednak stereotypów północnych twardzieli i południowych mięczaków.

- Wśród kibiców Liverpoolu znajdzie się paru bezczelnych drani, jednak to tylko głupi stereotyp, podobnie jak ten o obrzydliwie ogromnych i bogatych domach. Owszem, w Chelsea jest King’s Road, ale inne kluby i ich zawodnicy również mają drogie domy, które wcale nie są tak ogromne.

Ludzie ciągle mówią o pieniądzach wpompowanych w Chelsea, jednak trzeba podkreślić, że klub w połowie lat 70 był biedny jak mysz kościelna. Działacze zdecydowali się na wybudowanie trybuny, na którą nie było ich stać i ledwo wystarczyło na jej wykończenie.

Oczywiście wykupienie klubu przez Abramowicza spowodowało, że nikt nie ma obecnie takich zmartwień. Nie zmieniło to jednak nic w dopingu , który jest nazywany plastikowym i nijak ma się do tego, co pokazują rywale z Liverpoolu. Nazwa wzięła się od pomysłu działaczy, którzy zdecydowali się na zakup flag, by uatrakcyjnić mecze Chelsea na Stamford Bridge.

Jednak Tim nie zgodził się z tym pomysłem i nie uważa tego do tej pory za trafioną inwestycję.

- Podczas wielkich spotkań czuje się tę atmosferę. Nie wypadamy wcale gorzej od Arsenalu czy Manchesteru United.

- Chelsea przyciąga nowoczesnego kibica, ale wielu fanom, którzy są z Chelsea od 30-40 lat, się to nie podoba. Jednak taka jest teraz piłka i takie mamy czasy.

Jak widać, Chelsea i Liverpool mają wiele wspólnego i wiele ich również dzieli. Jednak ostatnie zachowanie kilku sympatyków the Blues, którzy nie uszanowali minuty ciszy ku czci 96 ofiar tragedii na Hillsborough spowodowała, że z pewnością podczas sobotniego finału kibice z Merseyside nie będą patrzeć przychylnie na fanów Chelsea.

Tim potwierdza, że Liverpool ma zdecydowanie więcej trofeów i bardziej barwną historię od Chelsea, jednak dodaje, że widzi też podobieństwa.

- Oba kluby myślą nad zmianą stadionu, ci nie podoba się wielu kibicom.

- Fani, którzy zaczęli dopingować swoje drużyny w latach 60 i 70 mają ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż ludzie myślą. Jednak mecz z Liverpoolem zawsze będzie dla nas wielkim spotkaniem.

Młodsi fani z pewnością będą zaskoczeni, ale powyższe rozmowy wskazują na to, że historia naszej rywalizacji z niebieską częścią Londynu ma około 50 lat. Tim dodał, że mimo ponad 50 lat na karku, spotkał wielu sympatycznych fanów Liverpoolu i nie wierzy w stereotypy o Scouserach, które można włożyć między bajki. Jednak zarówno te, jak i stereotypy w drugą stronę będą dodawać smaczku najbliższemu spotkaniu.

Oba zespoły będą miały okazję na zapisanie nowego rozdziału w swojej historii. O wyniku tego pojedynku przekonamy się już za tydzień i oby to nasza gablota po raz kolejny w tym roku musiała szykować miejsce na jakże upragnione trofeum.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz