Przechadzając się ostatnio po Liverpoolu rozmyślałem sobie o
nadchodzącym finale na Wembley, w którym po raz kolejny spotkamy się z
Chelsea. Jako że kulturalna strona miasta natchnęła mnie wyjątkowo
bardzo – w szczególności po zeszłotygodniowym marszu gigantów ulicami
miasta Beatlesów – postanowiłem wziąć na tapetę nasz mecz z ekipą
Roberto Di Matteo i spojrzeć na niego pod trochę innym kątem.
Bez
wątpienia jest to spotkanie piłkarskie, nikt temu nie zaprzeczy. Na
boisko wychodzi 22 facetów, by biegać za kawałkiem skóry i próbować wbić
ją do bramki przeciwnika, by potem wznieść do góry pozłacany kawałek
metalu uformowany w kształt pucharu. Ale w tym konkretnym meczu nie
chodzi tu tylko o piłkę. To spotkanie dwóch różnych kultur.
Zbierając
materiały do tego reportażu w znanej przez wielu ludzi Formule
usłyszałem jedną historię z niebieskiej strony. Pamiętacie rok 2002,
kiedy Everton spotkał się na Stamford Bridge z Chelsea przy okazji meczu
w Pucharze Ligi? Nie martwcie się, ja też tego nie pamiętałem, mimo
wszystko historia jest warta przytoczenia.
Przed meczem dwóch
Scouserów – Wayne Rooney i Alan Stubbs – zdecydowało się zabić czas
oczekiwania na mecz i wybrać się do pobliskiej agencji nieruchomości
Kinleigh, Folkard i Hayward.
Ubrani w klubowe dresy spoglądało na
ceny nieruchomości, kiedy zostali poproszeni o opuszczenie agencji,
gdyż inaczej zostanie wezwana policja.
Powód ?- spytacie.
Nietrudno zgadnąć, specyficzny akcent i ubiór nie pasował do Londynu,
więc uznano ich za potencjalnych włamywaczy, którzy obserwują cele do
obrobienia.
Ale zostawmy Everton, który może wzbudzać niechęć i
konsternację co najwyżej na Fulham Road. W przypadku Chelsea i
Liverpoolu gniew wzrasta.
Kiedy obie drużyny spotkają się za
tydzień na Wembley, stawką nie będzie tylko FA Cup. Do pucharu dojdzie
do tego jeszcze reputacja i szacunek całego stylu życia.
Północ kontra południe.
Klasa robotnicza kontra mieszczaństwo.
Czerwoni kontra Niebiescy.
Historia kontra brak historii.
The Kop kontra The Shed End.
Możemy
konkurować z nimi nawet w telewizji, wszak Liverpool może poszczycić
się własnym serialem o imprezującej części miasta czyli Desperate
Scousewives puszczanym na kanale E4. Londyn może pochwalić się bardziej
wyrafinowanym Made In Chelsea, który jest emitowany również na tym samym
kanale.
Różnice klasowe zawsze miały znaczenie, kiedy obie
drużyny się spotykały. Jednak ostatnio, w szczególności po tym, jak
Roman Abramowicz pomógł Chelsea wyczyścić się z tumanów kurzu, jakie
zalegały na klubie i przy pomocy pieniędzy wprost z Rosji udało mu się
stworzyć chwilową maszynkę do wygrywania wszystkiego. No, prawie
wszystkiego. Zaspokojenie ambicji i wygranie Ligi Mistrzów do tej pory
nie zostało spełnione.
Jeśli chodzi o Champions League, to każdy
pamięta nasze potyczki oraz nieustające batalie między Rafą Benitezem i
Jose Mourinho. Tym samym Jose Mourinho, który próbował wyrwać Stevena
Gerrarda z klubu, który kocha.
No i Fernando Torres. To wyjaśnia wszystko.
To
oczywiste, że ostatnie spotkania, zwłaszcza po wykupieniu Chelsea przez
Abramowicza spowodowały, że fani obu klubów patrzą na siebie z pogardą.
W latach 70 i 80 był to dla nas po prostu nic nie znaczący mecz.
Tymczasem od ery Abramowicza the Reds mierzyli się z Chelsea ponad 30
razy, a sytuacja była zaogniona od lata 2004 roku podczas pracy Beniteza
w Liverpoolu, a Mourinho w Chelsea.
Puchar Anglii odgrywał tutaj
również dużą rolę. Mało z nas obecnie kibicujących pamięta wygraną
Liverpoolu nad Chelsea na ich własnym stadionie na drodze do dubletu w
1986 roku oraz wygraną Chelsea w 1997 roku, która ze stanu 0-2 potrafiła
wyciągnąć wygraną 4-2.
Podczas moich rozmów z ludźmi, spotkałem
opinie o tym, że rywalizacja sięga o wiele dalej, niż tylko początek XXI
wieku. Wielu wspominało półfinał FA Cup z 1965 roku, gdzie Liverpool
pokonał Chelsea. Kibice Liverpoolu śpiewali wtedy piosenki, a Chelsea
milczała. Dla wielu ludzi właśnie od tego zaczęła się rywalizacja i
różnice.
Jak to wygląda z punktu widzenia kibica Chelsea?
Dotarłem do kibica Chelsea, który z Niebieskimi jest od długiego czasu i
należy do oficjalnego stowarzyszenia kibiców the Blues. Tim potwierdza
fakt, że Chelsea w latach 70 i 80 niemal nie istniała na piłkarskiej
mapie historii, pomijając kilka drobnych sukcesów, jak wspomniana
wygrana 4-2 nad Liverpoolem w 1978 roku czy w 1982 roku.
Tim
przyznaje, że w ostatnich 10 latach to Chelsea ma więcej powodów do
dumy, jednak przez blisko 30 lat nie było co porównywać. Anglik nie
kupuje jednak stereotypów północnych twardzieli i południowych
mięczaków.
- Wśród kibiców Liverpoolu znajdzie się paru
bezczelnych drani, jednak to tylko głupi stereotyp, podobnie jak ten o
obrzydliwie ogromnych i bogatych domach. Owszem, w Chelsea jest King’s
Road, ale inne kluby i ich zawodnicy również mają drogie domy, które
wcale nie są tak ogromne.
Ludzie ciągle mówią o pieniądzach
wpompowanych w Chelsea, jednak trzeba podkreślić, że klub w połowie lat
70 był biedny jak mysz kościelna. Działacze zdecydowali się na
wybudowanie trybuny, na którą nie było ich stać i ledwo wystarczyło na
jej wykończenie.
Oczywiście wykupienie klubu przez Abramowicza
spowodowało, że nikt nie ma obecnie takich zmartwień. Nie zmieniło to
jednak nic w dopingu , który jest nazywany plastikowym i nijak ma się do
tego, co pokazują rywale z Liverpoolu. Nazwa wzięła się od pomysłu
działaczy, którzy zdecydowali się na zakup flag, by uatrakcyjnić mecze
Chelsea na Stamford Bridge.
Jednak Tim nie zgodził się z tym pomysłem i nie uważa tego do tej pory za trafioną inwestycję.
- Podczas wielkich spotkań czuje się tę atmosferę. Nie wypadamy wcale gorzej od Arsenalu czy Manchesteru United.
-
Chelsea przyciąga nowoczesnego kibica, ale wielu fanom, którzy są z
Chelsea od 30-40 lat, się to nie podoba. Jednak taka jest teraz piłka i
takie mamy czasy.
Jak widać, Chelsea i Liverpool mają wiele
wspólnego i wiele ich również dzieli. Jednak ostatnie zachowanie kilku
sympatyków the Blues, którzy nie uszanowali minuty ciszy ku czci 96
ofiar tragedii na Hillsborough spowodowała, że z pewnością podczas
sobotniego finału kibice z Merseyside nie będą patrzeć przychylnie na
fanów Chelsea.
Tim potwierdza, że Liverpool ma zdecydowanie
więcej trofeów i bardziej barwną historię od Chelsea, jednak dodaje, że
widzi też podobieństwa.
- Oba kluby myślą nad zmianą stadionu, ci nie podoba się wielu kibicom.
-
Fani, którzy zaczęli dopingować swoje drużyny w latach 60 i 70 mają ze
sobą o wiele więcej wspólnego, niż ludzie myślą. Jednak mecz z
Liverpoolem zawsze będzie dla nas wielkim spotkaniem.
Młodsi fani
z pewnością będą zaskoczeni, ale powyższe rozmowy wskazują na to, że
historia naszej rywalizacji z niebieską częścią Londynu ma około 50 lat.
Tim dodał, że mimo ponad 50 lat na karku, spotkał wielu sympatycznych
fanów Liverpoolu i nie wierzy w stereotypy o Scouserach, które można
włożyć między bajki. Jednak zarówno te, jak i stereotypy w drugą stronę
będą dodawać smaczku najbliższemu spotkaniu.
Oba zespoły będą
miały okazję na zapisanie nowego rozdziału w swojej historii. O wyniku
tego pojedynku przekonamy się już za tydzień i oby to nasza gablota po
raz kolejny w tym roku musiała szykować miejsce na jakże upragnione
trofeum.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz