W przeddzień siódmej rocznicy „Cudu w Istambule”, jak potocznie nazywa
się finałowy mecz z 25 maja 2005 roku pomiędzy Liverpoolem a AC Milan,
przygotowaliśmy dla Was nie lada niespodziankę. Jest nią wywiad z
bohaterem tego spotkania, czyli Jerzym Dudkiem.
Były bramkarz
Liverpoolu znalazł chwilę czasu, by porozmawiać z nami na temat
Stambułu, golfa oraz powrotu do Liverpoolu. Nie mogliśmy zacząć zatem
rozmowy od niczego innego, a od pola zieleni, małej piłeczki oraz worka
kijów golfowych.
- Ten sport, to moja nowa pasja. Jej apogeum
nastało w Hiszpanii. Tam, podobnie jak w Anglii, wszyscy grają w golfa,
więc ten bakcyl dopadł i mnie – powiedział Dudek.
- Pytasz mnie,
czy osiągnę sukces na miarę piłkarskiej Ligi Mistrzów? Do tego jeszcze
daleko, ale na wszystko trzeba czasu. Pojedyncze sukcesy już odnoszę,
więc kto wie, kto wie – z uśmiechem dodał bohater ze Stambułu, który w
doliczonym czasie gry najpierw dwukrotnie uchronił the Reds od straty
bramki po strzałach Andriya Szewczenki, by w rzutach karnych ponownie
okazać się lepszym od Ukraińca.
- Takich meczów, jak ten w
Stambule, się nie zapomina. Do tego zwycięstwa popchnęli nas kibice –
wspomina Dudek. – To oni w przerwie meczu zaczęli śpiewać hymn
Liverpoolu i to pomogło nam uwierzyć w sukces. Skoro oni wierzą, to i my
musimy to zrobić. Nie mieliśmy nic do stracenia. Dopisało nam szczęście
i wszystko skończyło się spektakularnie.
Jerzy zdziwił się,
kiedy powiedziałem mu – opierając się na lekturze książki „The Didi Man:
My love affair with Liverpool” – że Niemiec nie miał ochoty wchodzić na
murawę. Mimo to Kaiser odegrał znaczącą rolę w tym sukcesie.
-
Naprawdę Didi tak napisał? Mnie to nawet przez głowę nie przeszło. Nie
miałem ochoty ani się poddać, ani poprosić o zmianę. Zawsze, trzeba
próbować szukać motywacji, nawet gdy jest ciężko.
- Po wejściu
Didiego nasz zespół zaczął grać lepiej. Kontrolowaliśmy sytuację, a Didi
uspokoił naszą grę. To on był kluczem do naszego sukcesu. Didi, jeśli
to czytasz: I love you!
Niewiele osób wie, że Jerzy Dudek wraz z
Andriyem Szewczenką zostali ambasadorami zbliżającego się Euro 2012,
które będzie rozgrywane na boiskach w Polsce i na Ukrainie. Nie mogło
zatem zabraknąć pytania o szanse naszej kadry narodowej.
- Jak
najbardziej wierzę, że nasza kadra ma szansę na awans – powiedział
Dudek. – Najważniejsze, to stworzyć chłopakom dobrą atmosferę i
przygotować ich dobrze pod względem motorycznym. Łatwo nie będzie,
jednak myślę, że awans jest jak najbardziej w zasięgu naszych
reprezentantów.
Rozmawiając o kadrze, nie mogłem pominąć
przykrego epizodu z brakiem powołania Jerzego na Mistrzostwa Świata w
2006 roku. Polski bramkarz przyznał, że gra dla kadry narodowej, to
największy zaszczyt, jaki może spotkać piłkarza. Nie da się tego
porównać z grą w klubie, choćby był to najlepszy zespół na świecie.
-
Zawsze chciałem grać z orłem na piersi i każdy mecz był dla mnie
wielkim wydarzeniem. Oczywiście byłem niesamowicie wściekły, kiedy
dowiedziałem się z paska w telewizji, ze nie jadę na Mistrzostwa Świata.
Wcześniej rozmawialiśmy z asystentem trenera Janasa i wszystko było
pięknie. Asystent mówił, że mamy super drużynę, a chłopaki chcą umierać
za siebie na boisku i tak dalej. Aż tu nagle taka niespodzianka! Znam
Janasa bardzo dobrze i wiedziałem, że Mundial skończy się klapą, jeśli
chłopaki sobie nie pomogą. Na trenera na pewno nie mogli liczyć.
-
Szkoda, że tak wiele pracy zostało zmarnowane dla kilku groszy. Janas
miał inną koncepcję na MŚ, tego się już nie da zmienić. To dobra lekcja
dla mnie i nie tylko. Szkoda tylko, że nie potrafimy z takich lekcji
wyciągnąć wniosków, bo one zawsze pomagają w przyszłości.
-
Straciłem dwa lata mojego zdrowia z powodu tego, że nie pojechałem na
Mistrzostwa Świata do Niemiec, ale biorąc pod uwagę atmosferę, jaka tam
była, to uratowało to 5 kolejnych lat mojego życia – dodał z uśmiechem
Jerzy.
Wiele osób twierdziło, że Dudek miał też konflikt z Rafą Benitezem. Postanowiliśmy rozwiać i te wątpliwości.
-
Nigdy nie miałem żadnych pretensji do Rafy za to, że sprowadził na
Anfield swojego rodaka. To było jego prawo, on był szefem i odpowiadał
za drużynę. Nie mogę zrozumieć tylko jednego: dlaczego nie chciał
zezwolić na mój transfer do innego klubu. Być może byłem dla niego ważny
w szatni – retorycznie pyta Dudek.
Polak potwierdził też plotki łączące go z powrotem do Liverpoolu, które pojawiły się w mediach na początku minionego sezonu.
-
Tak, Liverpool namawiał mnie do powrotu, jednak brakowało w tym
szczegółów, jaką rolę będę spędzać w klubie. Nie chciało mi się już
pracować dla kogoś tylko dlatego, że miałbym być aż lub tylko
super-rezerwowym, jak to miało miejsce w Realu.
- Piłce nie
powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Jednak po tylu latach pobytu za
granicą i możliwości gry dla tak wielkich klubów, muszę na spokojnie
podjąć decyzję o mojej przyszłości.
- Póki co wydałem drugą
książkę „Wytrzymaj presję”, która jest konfrontacją moich przeżyć
piłkarskich i tych prywatnych z sytuacjami stresowymi. Książka skupia
się głównie na opisie tych sytuacji z punktu widzenia psychologa
sportowego. Uważam, że jest to bardzo ciekawa koncepcja, kilku
sportowców wyraziło się już pochlebnie o tej książce, więc mam nadzieję,
że będzie mniejszym hitem niż „Uwierzyć w siebie…”, do której mam
zamiar dopisać kilka rozdziałów.
- Marzę też o swojej akademii
piłkarskiej, w której mógłbym wykorzystać wiedzę nabytą od wielu
świetnych trenerów, z którymi miałem okazję pracować. Być może sam
zostanę szkoleniowcem, kto wie? Na pewno chcę jeszcze gdzieś pograć jako
czynny zawodnik. Po zakończeniu Euro podejmę decyzję, co robić dalej –
zakończył Jerzy Dudek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz