Nareszcie! Dzisiaj – minutę po północy czasu brytyjskiego – Liverpool
Football Club zaprezentował najnowszy komplet strojów domowych, które
będą obowiązywać w sezonie 2012-13. Przed samą prezentacją wielu kibiców
przeszło swoistą transformację (tak, przyznaję się, byłem jednym z
nich) i oczekiwało tej premiery niczym stojące w kolejkach do otwarcia
nowego sklepu zakupoholiczki.
Trudno się dziwić – klub zdecydował
się zmienić głównego dostawcę strojów i zamienił Adidasa na mało znaną w
Europie firmę Warrior. Tym samym obowiązująca sześć poprzednich lat
umowa z niemieckim gigantem odzieżowym odeszła w cień historii i to nie
tylko z powodów finansowych.
Mało kto wie, ale Liverpool starał
się o przedłużenie wygasającej w czerwcu umowy z Adidasem, jednak Niemcy
nie zgodzili się na żądania finansowe klubu, a wręcz przeciwnie – przez
nasze słabe wyniki i brak Liverpoolu w Europie – postanowili zmniejszyć
kwotę przekazaną dla the Reds w razie podpisania nowej umowy.
Jak
widać po nocnej ofensywie na oficjalną stronę i przeciążeniu
internetowego sklepu, nowa umowa sponsorska z amerykańskimi
„Wojownikami” nie wyszła klubowi z Anfield bokiem. Wręcz przeciwnie –
nowa, sześcioletnia umowa z Warriorem będzie generować 25 milionów
funtów każdego roku, co jest ewenementem na skalę europejską. Jest to
najwyższa taka umowa w Europie, która dwukrotnie przebija dotychczasową
umowę z Adidasem, który płacił Liverpoolowi 12 milionów za sezon. Adidas
został w tyle też ze swoim flagowym produktem, którym bez wątpienia
jest sponsorowanie Bayernu Monachium. Niestety, Bawarczycy za noszenie
trzech pasków na ramionach dostają 22 miliony za sezon. Umowa Liverpoolu
z Warriorem jest również najwyższą w Premier League. Na drugim miejscu
znalazła się ekipa Fergusona, której Nike płaci 23,5 miliona funtów, a
Arsenal z tytułu noszenia „haczyka” dostaje 13 milionów brytyjskiej
waluty.
Wróćmy jednak do naszych nowych – starych strojów.
Dlaczego tak piszę? To raczej jasne dla tych, którzy widzieli już nowe
koszulki Warriora. Amerykańska firma zdecydowała się na zafundowanie nam
powrotu do przeszłości i wzorowała się na strojach z lat 1975 – 1986,
gdzie graliśmy w prostych czerwonych trykotach, a za herb Liverpoolu
służył złoty Liverbird. Dla wielu odejście od dotychczasowego herbu może
być strzałem w stopę, jednak uważam – posługując się wpisami z Twittera
i reakcjami piłkarzy – że taki właśnie wybór dodaje koszulkom
wyjątkowości. Nie ma tu żadnych wyszukanych form, zabawy z kolorami
herbu, jaką fundował nam przez dwa ostatnie sezony w wyjazdowych
koszulkach Adidas (choć rozwiązanie ze srebrnym kolorem powaliło mnie na
kolana i długo zbierałem się z podłogi z zachwytu) – jest prostota i
elegancja.
Należy wspomnieć też o jednym niezwykle istotnym
elemencie, czyli wiecznych płomieniach i liczbie 96 umieszczonymi na
tylnej części kołnierzyka. Klub zaryzykował, wydając taką a nie inną
decyzję, co spowodowało o poranku odzew ze strony Hillsborough Justice
Campaign. Członkom tej grupy nie spodobało się to, że ten piękny symbol
został dodany na tyle koszulki i przede wszystkim, że klub, mimo
wydanego oświadczenia, że kontaktował się w tej sprawie z członkami
rodziny Hillsborough, kłamie w tej kwestii. Dlaczego? Ponieważ żaden z
członków należących do HJC nie został o tym poinformowany.
Według
mnie sprawa jest prosta. Pamiętacie wywiad z Margaret Aspinall, który
zamieściłem na LFCPoland.com w zeszłym miesiącu przy okazji rocznicy
tragedii na Hillsborough? Pani Aspinall opowiadała tam o różnicach
pomiędzy Hillsborough Family Support Group, której jest przewodniczącą, a
właśnie HJC. Polecam odnieść się do jej słów, gdzie znajdziecie sami
odpowiedź. Ja dodam tylko od siebie, że podczas naszej rozmowy Margaret
powiedziała, że klub uznaje tylko i wyłącznie HFSG, która skupia
najbliższych ofiar z 15 kwietnia 1989 i to właśnie z nimi kontaktują się
włodarze z Anfield w sprawach związanych z Hillsborough.
Jakich
kontrowersji nie wzbudzałoby umieszczenie tego symbolu na koszulce, tak
ogólny design jest – w mojej opinii – genialny. Warrior doskonale
zadebiutował na rynku piłkarskim świetnym projektem i jeśli utrzymają
taką formę w projekcie koszulek wyjazdowych i trzeciego kompletu, to
cały szturm na piłkarski rynek ciuchowy może okazać się sporym sukcesem
oraz może zaowocować nowymi, lukratywnymi kontraktami. Jedyne co martwi,
to cena – zaporowa dla wielu kibiców. Jeśli ktoś zamierza kupić sobie
cały komplet bramkarski łącznie ze spodenkami, personalizacją,
skarpetami oraz znacznikami Premier League, to musi liczyć się z
wydatkiem ponad 100 funtów za komplet, co powala, nawet ludzi
mieszkających w Wielkiej Brytanii. Jednak czego to nie zrobi kibic, by
nadążać za modą. Szczególnie w takiej stolicy mody i lansu, jakim jest
Liverpool.
A gdyby komuś mimo wszystko strój retro się nie
spodobał, to zerknijcie, proszę, na najnowszy twór chłopaków z Nike,
którzy również spróbowali swoich sił i chcieli przenieść koszulki Man
United w inną epokę. Muszę powiedzieć, że udało się im, jednak przy
okazji zmienili też dyscyplinę, bo najnowsza koszulka ekipy Fergusona
bardziej przypomina obrus babci Stasi z jej domku w Wólce Dolnej, niż
koszulkę piłkarską. Co kto lubi, jednak ja zdecydowanie wolę nasze
retro. Przynajmniej jest jedyne i wyjątkowe, a mam głęboką nadzieję, że
wojownicza nazwa przełoży się również na nasze wyniki w przyszłym
sezonie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz