piątek, 11 maja 2012

Sound of the Anfield Ground: Rewię mody czas zacząć!

Nareszcie! Dzisiaj – minutę po północy czasu brytyjskiego – Liverpool Football Club zaprezentował najnowszy komplet strojów domowych, które będą obowiązywać w sezonie 2012-13. Przed samą prezentacją wielu kibiców przeszło swoistą transformację (tak, przyznaję się, byłem jednym z nich) i oczekiwało tej premiery niczym stojące w kolejkach do otwarcia nowego sklepu zakupoholiczki.

Trudno się dziwić – klub zdecydował się zmienić głównego dostawcę strojów i zamienił Adidasa na mało znaną w Europie firmę Warrior. Tym samym obowiązująca sześć poprzednich lat umowa z niemieckim gigantem odzieżowym odeszła w cień historii i to nie tylko z powodów finansowych.

Mało kto wie, ale Liverpool starał się o przedłużenie wygasającej w czerwcu umowy z Adidasem, jednak Niemcy nie zgodzili się na żądania finansowe klubu, a wręcz przeciwnie – przez nasze słabe wyniki i brak Liverpoolu w Europie – postanowili zmniejszyć kwotę przekazaną dla the Reds w razie podpisania nowej umowy.

Jak widać po nocnej ofensywie na oficjalną stronę i przeciążeniu internetowego sklepu, nowa umowa sponsorska z amerykańskimi „Wojownikami” nie wyszła klubowi z Anfield bokiem. Wręcz przeciwnie – nowa, sześcioletnia umowa z Warriorem będzie generować 25 milionów funtów każdego roku, co jest ewenementem na skalę europejską. Jest to najwyższa taka umowa w Europie, która dwukrotnie przebija dotychczasową umowę z Adidasem, który płacił Liverpoolowi 12 milionów za sezon. Adidas został w tyle też ze swoim flagowym produktem, którym bez wątpienia jest sponsorowanie Bayernu Monachium. Niestety, Bawarczycy za noszenie trzech pasków na ramionach dostają 22 miliony za sezon. Umowa Liverpoolu z Warriorem jest również najwyższą w Premier League. Na drugim miejscu znalazła się ekipa Fergusona, której Nike płaci 23,5 miliona funtów, a Arsenal z tytułu noszenia „haczyka” dostaje 13 milionów brytyjskiej waluty.

Wróćmy jednak do naszych nowych – starych  strojów. Dlaczego tak piszę? To raczej jasne dla tych, którzy widzieli już nowe koszulki Warriora. Amerykańska firma zdecydowała się na zafundowanie nam powrotu do przeszłości i wzorowała się na strojach z lat 1975 – 1986, gdzie graliśmy w prostych czerwonych trykotach, a za herb Liverpoolu służył złoty Liverbird. Dla wielu odejście od dotychczasowego herbu może być strzałem w stopę, jednak uważam – posługując się wpisami z Twittera i reakcjami piłkarzy – że taki właśnie wybór dodaje koszulkom wyjątkowości. Nie ma tu żadnych wyszukanych form, zabawy z kolorami herbu, jaką fundował nam przez dwa ostatnie sezony w wyjazdowych koszulkach Adidas (choć rozwiązanie ze srebrnym kolorem powaliło mnie na kolana i długo zbierałem się z podłogi z zachwytu) – jest prostota i elegancja.

Należy wspomnieć też o jednym niezwykle istotnym elemencie, czyli wiecznych płomieniach i liczbie 96 umieszczonymi na tylnej części kołnierzyka. Klub zaryzykował, wydając taką a nie inną decyzję, co spowodowało o poranku odzew ze strony Hillsborough Justice Campaign. Członkom tej grupy nie spodobało się to, że ten piękny symbol został dodany na tyle koszulki i przede wszystkim, że klub, mimo wydanego oświadczenia, że kontaktował się w tej sprawie z członkami rodziny Hillsborough, kłamie w tej kwestii. Dlaczego? Ponieważ żaden z członków należących do HJC nie został o tym poinformowany.

Według mnie sprawa jest prosta. Pamiętacie wywiad z Margaret Aspinall, który zamieściłem na LFCPoland.com w zeszłym miesiącu przy okazji rocznicy tragedii na Hillsborough? Pani Aspinall opowiadała tam o różnicach pomiędzy Hillsborough Family Support Group, której jest przewodniczącą, a właśnie HJC. Polecam odnieść się do jej słów, gdzie znajdziecie sami odpowiedź. Ja dodam tylko od siebie, że podczas naszej rozmowy Margaret powiedziała, że klub uznaje tylko i wyłącznie HFSG, która skupia najbliższych ofiar z 15 kwietnia 1989 i to właśnie z nimi kontaktują się włodarze z Anfield w sprawach związanych z Hillsborough.

Jakich kontrowersji nie wzbudzałoby umieszczenie tego symbolu na koszulce, tak ogólny design jest – w mojej opinii – genialny. Warrior doskonale zadebiutował na rynku piłkarskim świetnym projektem i jeśli utrzymają taką formę w projekcie koszulek wyjazdowych i trzeciego kompletu, to cały szturm na piłkarski rynek ciuchowy może okazać się sporym sukcesem oraz może zaowocować nowymi, lukratywnymi kontraktami. Jedyne co martwi, to cena – zaporowa dla wielu kibiców. Jeśli ktoś zamierza kupić sobie cały komplet bramkarski łącznie ze spodenkami, personalizacją, skarpetami oraz znacznikami Premier League, to musi liczyć się z wydatkiem ponad 100 funtów za komplet, co powala, nawet ludzi mieszkających w Wielkiej Brytanii. Jednak czego to nie zrobi kibic, by nadążać za modą. Szczególnie w takiej stolicy mody i lansu, jakim jest Liverpool.

A gdyby komuś mimo wszystko strój retro się nie spodobał, to zerknijcie, proszę, na najnowszy twór chłopaków z Nike, którzy również spróbowali swoich sił i chcieli przenieść koszulki Man United w inną epokę. Muszę powiedzieć, że udało się im, jednak przy okazji zmienili też dyscyplinę, bo najnowsza koszulka ekipy Fergusona bardziej przypomina obrus babci Stasi z jej domku w Wólce Dolnej, niż koszulkę piłkarską. Co kto lubi, jednak ja zdecydowanie wolę nasze retro. Przynajmniej jest jedyne i wyjątkowe, a mam głęboką nadzieję, że wojownicza nazwa przełoży się również na nasze wyniki w przyszłym sezonie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz