wtorek, 22 maja 2012

Sound of the Anfield Ground: Football’s dead. Ale jak to zdech?

Football’s dead. Ale jak to zdech?

Pamiętacie z pewnością tę słynną scenę z kultowego filmu „Kilerów Dwóch”, prawda? Dialog Siary z Szakalem idealnie odwzorowuje to, co poczułem, oglądając ostatnie majowe spotkania sezonu 2011-12. Oczywiście mam na myśli zakończenie rozgrywek w Premier League i sobotni finał Ligi Mistrzów pomiędzy Bayernem Monachium i Chelsea Londyn.

Dlaczego o tym piszę? A dlatego, że może się coraz bardziej starzeję? Zaczynam tetryczeć i narzekać na wszystko wokół, a piłka powoduje, że boki mojej głowy coraz bardziej zaczynają być oprószone siwizną? A może to dlatego, że właśnie sobotniego wieczoru umarła kolejna epoka? Tak, to chyba najważniejszy powód…

Moja pamięć działa jeszcze całkiem sprawnie i potrafię przypomnieć sobie czasy, kiedy zaczynałem dopiero interesować się piłką. Po boiskach wtedy biegały takie legendy, jak Barnes, Redknapp, McManaman, Roberto Carlos, Rivaldo, Shearer czy Zidane, Davids i bracia De Boer. Dziewczyny szalały za niezwykle przystojnymi Del Piero i Inzaghim, a chłopcy uczyli się podstaw piłki od ikon pokroju Raula i Fernando Morientesa. W Europie głośno było o magicznym Ajaxie, królewskim Realu czy niesamowitym Juventusie. O sile zespołów w latach 90 stanowili w większości wychowankowie. W Liverpoolu byli to wspomniany Macca, młody Fowler i wchodzący do zespołu Owen czy Gerrard. Manchesterem United kręcił kupiony z Leeds Eric Cantona wespół z Royem Keane’m  i Ryanem Giggsem, talizmanem Chelsea został okrzyknięty Gianfranco Zola, a boiskowym zabijaką numer jeden był owiany niekoniecznie dobrą sławą Vinnie Jones. Fanom z mojego i wcześniejszych roczników pamiętającym te czasy zakręci się pewnie łezka w oku. To były piękne chwile, nieprawdaż?

Wróćmy jednak do teraźniejszości i ostatnich dwóch meczów, które skontrastowały się z pewnymi wydarzeniami. Wydarzeniami, które bardzo dotknęły moje futbolowe ja. Mam tu na myśli zakończenie pewnej epoki. Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie przychodzą i odchodzą, taka jest naturalna kolej rzeczy, jednak niemal do łez doprowadzają mnie takie obrazki, jak ostatnie pożegnanie Filippo Inzaghiego, Genarro Gatusso oraz Alessandro Nesty w Milanie. Zresztą nie tylko ich. Podobnie przeżywałem pożegnanie Raula w Realu czy zakończenie kariery przez Shearera lub Ronaldo - tego jedynego i oryginalnego boga futbolu z Brazylii. Takich zawodników nie pozostało już wielu. Na palcach jednej ręki można policzyć takie ikony w Liverpoolu, Realu czy Man United. Wraz z odwieszeniem butów na kołki przez takie wielkie nazwiska kończy się kolejna epoka, legenda związana z tym zawodnikiem. Legenda i zdobyte honory gasną, a zaczyna się nowy czas, ten gorszy, którego apogeum widzieliśmy w minionym sezonie.

W obecnych czasach pieniędzmi można załatwić niemal wszystko. Mamona, kasa, kapusta, hajs – czy jak sobie nazwiecie swoje środki pieniężne – stały się wyznacznikiem statusu społecznego; tego, gdzie stoisz w drabince społeczeństwa. Ten trend dopadł niestety i futbol. Zaczęło się od sławnych Galacticos. Jednak wtedy było to jeszcze zrozumiałe. Real – klub z wielką historią i sukcesami, z takimi zawodnikami jak Raul, Casillas, Roberto Carlos czy Morientes, regularnie grający w Lidze Mistrzów - kusił. Był wyznacznikiem kariery piłkarza i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Po prostu Realowi się nie odmawiało. I to byłem w stanie zrozumieć. Jednak nie potrafiłem i dalej nie potrafię przełknąć sztucznych tworów, wymysłów szalonych bogaczy, którzy chcieli pobawić się w Football Managera na żywo. Wystarczyło, by pojawił się jeden człowiek z chorą ambicją zaspokojenia swoich fantazji za wszelką cenę i lawina się potoczyła.

Chelsea Londyn – bo właśnie ten twór mam na myśli – to jedna z pierwszych drużyn, jakie pamiętam, która nie patyczkowała się z wydawaniem horrendalnych pieniędzy za zawodników, jakich upatrzyli sobie kolejni trenerzy zabawki w ręku Abramowicza. Jak wyliczyli ostatnio angielscy dziennikarze, Wujek Romek wyciągnął ze swojej sakiewki obszywanej niedźwiedzim futrem równiutki miliard funtów, by w końcu wygrać Puchar Europy tak skutecznie wybijany mu z głowy dwukrotnie przez Liverpool, Barcelonę oraz raz w moskiewskim finale – a zatem można niemal powiedzieć, u siebie – przez Man United. W tym roku jednak maszynka zaskoczyła i tak oto zostaliśmy świadkami tego, jak kawałek metalu może być wart miliard funtów.

Szejkom z Manchesteru City zajęło o wiele krócej spełnienie swoich zachcianek. Zaledwie cztery lata po przejęciu zbudowali maszynkę do wygrywania i mimo odpadnięcia z FA Cup, zdobyli to, na co polowali od samego początku przybycia do Manchesteru – tytuł mistrzowski. Dodajmy do tego, że tytuł ten został niemal wyrwany z rąk największych rywali zza miedzy dosłownie w ostatnich sekundach sezonu 2011-12. Błękitny twór został tworzony i obrabiany przez Roberto Manciniego prawie trzy lata, by wreszcie zadziałał i zdobył to, co niedoścignione. Miliony wydane na zawodników takich jak Samir Nasri, Sergio Aguero czy Edin Dzeko zaczęły się spłacać i mimo kilku niedociągnięć, paru potknięć, to właśnie w błękitnej części Manchesteru cieszą się z tytułu.

Oczywiście takich dziwactw na świecie jest coraz więcej. Staje się to powoli nowym trendem. Nie trzeba daleko szukać, we Francji potęgę za grube pieniądze buduje PSG, a w Rosji na gwiazdy poluje Anżi Machaczkała, jednak ich polityka – jak na razie – skupia się na ściąganiu wybitnych piłkarzy, którym bliżej niż dalej do zakończenia kariery. Czytając o takich wydarzeniach i czasem wręcz obsesyjnej transferowej wojnie o zawodnika, by kupić go za wszelką cenę, nasuwa się oczywiste pytanie: dokąd zmierza ten futbol? Czy piękno tego sportu i duch walki już umiera?

Nie potrafię znaleźć odpowiedzi na te pytania. Być może się już starzeję i czas rozglądnąć się za porządną, klimatyzowaną trumną z dostępem do Internetu oraz telewizją kablową, ale nie tak wyglądała piłka, na której ja się wychowałem. Miało być zupełnie inaczej, miała być walka, krew, pot i łzy radości z wygranej i wpisanie się w annały historii, a mamy pogoń za pieniądzem i natychmiastowym sukcesem. To smutne i bolesne, szczególnie w kontekście tego, jak ostatnimi laty gra mój ukochany klub. Ciężko to przyznać, lecz z potęgi, jaką the Reds byli w latach 70, 80, 90, a nawet jeszcze całkiem niedawno, gdy trzęśliśmy całą Europą, staliśmy się ligowym średniakiem. Półtora sezonu bez europejskich rozgrywek skutecznie odcięły nie tyle kurek z pieniędzmi, co spowodowały, że sama nazwa klubu nie przyciąga już tak bardzo zawodników chcących walczyć o najwyższe cele. To zapewnia im teraz gruba kasa od City czy Chelsea. Przeraża mnie to, że klub z takimi tradycjami, jak Liverpool, może niedługo stać się po prostu kolejną maszynką do robienia pieniędzy. Myślę, że kibice i ludzie mieszkający na Merseyside na to nie pozwolą. Są zbyt dumni z tego, co ten klub dawał im w przeszłości.

Ale podczas sobotniego finału w Liverpoolu niebo płakało. Ciemne chmury przysłaniały błękitne niebo, kiedy 50-milionowy nabytek podnosił puchar z niebotycznym uśmiechem na ustach, jakby to on sam przeciwko jedenastu przeciwnikom wygrał puchar. Dokąd zmierza piłka? Odpowiedzcie sobie sami na to pytanie. Ja mam tylko nadzieję, że ktoś w końcu obudzi się z ideą, że futbol przecież nie powinien tak wyglądać…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz