poniedziałek, 14 maja 2012

Sound of the Anfield Ground: Sezon 2011-12 - czyli quo vadis, Liverpool?

Weźcie głęboki oddech i odetchnijcie z ulgą. Ostatnie karty w sezonie 2011-12 angielskiej Barclays Premier League zostały rozdane. I jak zwykle w naszym przypadku, rozgrywka nie potoczyła się tak, jak sobie to zamierzaliśmy na początku. Karty, które otrzymaliśmy w rozdaniu, może i były mocne, jednak po drodze po raz kolejny coś nie wypaliło i musieliśmy się obejść smakiem pełnego zwycięstwa.

Pogoda w Liverpoolu jest niezwykle zmienna, o czym przekonałem się już niejednokrotnie, mieszkając w mieście Beatlesów. Wychodząc w poniedziałek do pracy, w oczy świeciło mi niesamowicie jasne słońce, jednak zaledwie kilka godzin później zostałem zmoczony przez krótką, lecz intensywną wiosenną ulewę, pewnie po to, by ochłodziła moje emocje związane z minioną kampanią. Podobnie zresztą  było z humorami kibiców przed i w trakcie sezonu. Słoneczny nastrój udzielał się przed sezonem fanom Liverpoolu. Klub nareszcie dostał porządny zastrzyk gotówki, a wcześniejsze transfery Luisa Suareza oraz nadziei w ataku angielskiej piłki – czyli młodego Andy Carrolla - tylko zaostrzyły apetyty fanów nie tyle na upragniony awans do Ligi Mistrzów, lecz na skuteczne działanie na rynku transferowym i pokuszenie się o realne włączenie do walki o tytuł mistrzowski Barclays Premier League 2011-12.

Niestety, słoneczny klimat został bardzo skutecznie zastąpiony przez deszczowe porażki. O ile jeszcze na początku nie można było zbytnio nad czym dywagować (bo kto zwracałby uwagę na wyniki sparingów? Wszyscy wiedzą, że piłkarze w takich meczach grają na pół gwizdka), a pechowy remis z Sunderlandem na Anfield mimo wielu klarownych sytuacji do zmasakrowania przeciwnika w pierwszej połowie i wygrane na Emiratach z Arsenalem oraz Boltonem u siebie jeszcze dawały cień szansy na korzystny początek, tak porażka ze Stoke i egzekucja, jakiej dokonał na drużynie Dalglisha Tottenham, spowodowały spore opady deszczu i ochłodzenie humorów kibiców the Reds.

Oczywiście nie na każdym froncie było tak depresyjnie. Słabe występy w lidze Liverpool rekompensował sobie w krajowych pucharach. Brak gry w Europie spowodował, że zawodnicy Kenny’ego mogli skupić się na ewentualnej wygranej w Carling Cup i FA Cup. I o mały włos by się to udało. W osiągnięciu swoistego dubletu przeszkodziła nam – jak wszyscy dobrze wiemy – Chelsea wraz ze swoim super-snajperem na ławce rezerwowych, który kiedyś ponoć był napastnikiem biegającym po zielonej murawie w czerwonej koszulce.

Zostawmy jednak stolicę oraz Fernando Torresa i skupmy się na tym, jakie wnioski można wyciągnąć z tego sezonu. Podsumowując nasze występy na plus zdecydowanie wypada to, że po sześciu latach nareszcie można było odkurzyć klubową gablotę i wstawić tam Puchar Ligi. Coś jeszcze? W zasadzie dotarliśmy do finału drugiego angielskiego kubka, jednak za przegrany mecz nagrody się nie otrzymuje…  A co z ligą – zapytacie?

No właśnie, liga… To temat – rzeka, można by o tym napisać pracę magisterską pod tytułem „Co stało się z wielkim Liverpoolem – przyczyny i skutki upadku”. Z pewnością cieszyłaby się ona wielkim powodzeniem wśród osób, które od samego początku krytykują Dalglisha, a promotorzy mieliby pełne ręce roboty. Z perspektywy statystyk wcale się nie dziwię. Liczby są nieubłagane. Po 38 meczach w Premier League z 52 punktami na koncie zajęliśmy 8 miejsce, dwie pozycje niżej od poprzedniego sezonu, w którym jeszcze w styczniu szlajaliśmy się w strefie spadkowej oraz 4 miejsca od założonego przed sezonem celu.  Wygraliśmy 14 spotkań, tyle samo meczów przegrywając i notując 10 remisów. Statystycznie więc był to najgorszy sezon pod względem zajętego miejsca w historii Barclays Premier League; liczba punktów była najmniejszą zdobyczą od 10 lat; wygraliśmy najmniej meczów na Anfield oraz strzeliliśmy najmniejszą ilość goli w ostatnich 15 latach. Szokujące, biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania Liverpoolu, jego bogatą historię itd., itp.

Słaby sezon w lidze można tłumaczyć wieloma czynnikami:
- kupno wielu nowych zawodników, którzy mieli mało czasu na wzajemne poznanie swoich stylów gry;
- kontuzja Lucasa, który we wcześniejszej kampanii pokazał, że dorósł do gry na wysokim poziomie, udowadniając to swoimi występami i zgarnięciem nagrody Zawodnika Sezonu 2010-11;
- ogromny pech w obijaniu słupków i poprzeczek;
- niesamowite formy bramkarzy drużyn przyjezdnych;
- długa nieobecność Stevena Gerrarda;
- incydent między Evrą i Suarezem;
- plamy na słońcu i globalne ocieplenie i ich wpływ na rozmnażanie pingwinów na Biegunie Północnym.

Oczywiście ostatni powód jest wielką ironią z mojej strony, ale patrząc na chłodno, to również mogło nam przeszkodzić, nie mówiąc już o pracy sędziów, która w mojej opinii (mówię nie tylko o meczach Liverpoolu, tylko patrząc przez przekrój całej ligi) była fatalna. Ja doskonale rozumiem, że obecny futbol jest szybki i można nie nadążyć za wszystkim, co dzieje się na boisku, jednak niektóre wpadki sędziowskie dobitnie pokazały, że w nowoczesnej piłce potrzeba nie tylko dodatkowych arbitrów za bramką, ale powinno się też wprowadzić „goal-line technology”, bo panowie w czerni zaczynają mieć problemy z podjęciem decyzji, która bramka została zdobyta prawidłowo, a którą nie powinno się uznać.

Niemniej jednak za słabe wyniki Liverpoolu trudno obwiniać sędziów. Za taką a nie inną pozycję odpowiadają piłkarze, którzy na boisku nie wykonują zaleceń przekazanych przez szkoleniowca. On sam również zawiódł, niejednokrotnie dobierając nie tę taktykę do spotkania, które powinno się zagrać zupełnie inaczej. Idąc tą drogą, można doczepić się jeszcze do tego, że trener nie posiada odpowiedniego timingu w dokonywaniu zmian, co skutkuje tym, że drużyna zbyt późno budzi się do walki w przypadku niekorzystnego wyniku.

Jednak za piłkarzy odpowiada nie tylko sam szkoleniowiec, ale ludzie, którzy mu doradzają. Stąd też całkiem niedawno właściciele zdecydowali się zakończyć współpracę z Damienem Comollim. Tutaj niestety wychodzi też lekka niekompetencja naszych Jankesów, którzy argumentowali zwolnienie Francuza tym, że musieli działać szybko w perspektywie zbliżającego się okienka. Mamy dziś jeszcze 14 maja (w niektórych krajach w chwili oddania tego tekstu będzie już piętnasty dzień piątego miesiąca roku), a dalej nie słyszeliśmy nic konkretnego, kim ma być następca Damiena. Podobnie rzecz ma się z decyzją odnośnie stadionu, w tym miesiącu wygasa umowa dzierżawy od miasta terenów na Stanley Park, ale to nie miało wpływu na taką, a nie inną formę naszych grajków.

Dokąd więc zmierza Liverpool? Czy dalej będzie tkwił w marazmie ligowego średniaka czy – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Harry Pottera lub innego Houdiniego  - przemieni się w maszynkę do wygrywania? Szczerze nie znam odpowiedzi na te pytania, jak większość z Was. Jednak powtórzę za Jamesem Pearce’m, że mimo słabego wyniku w lidze, ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje Liverpool, jest zmiana managera. Nie po to oferuje się Szkotowi trzyletni kontrakt, w którym zawiera się właśnie 36-miesięczny plan odbudowy klubu, by po roku powiedzieć sobie wzajemnie „do widzenia”, bo nie osiągnęło się tego czy owego. Doskonale rozumiem Waszą frustrację, która również i we mnie rosła z każdym przegranym meczem, jednak ostatni mecz na Anfield pokazał, że fani są z Dalglishem, skandując jego nazwisko podczas wygranej z Chelsea, która lekko poprawiła nieświeży posmak po porażce w finale FA Cup.

W nowoczesnym futbolu liczy się ciągły wyścig po sławę, co wiąże się niekiedy z zatracaniem poczucia realności i bawieniem się w swoistego Football Managera, vide Romek A. czy szejkowie z Man City, którzy mistrzowską drużynę budowali wraz z Mancinim trzy lata. Jak mantrę powtórzę po raz kolejny, że ciężko wykreować maszynkę do wygrywania w jeden sezon (czy nawet w kilka miesięcy, jakby chcieli tego niektórzy tak zwani kibice), co widać chociażby na przykładzie mistrzów Anglii 2011-12 czy początkowych dokonań pana Fergusona z tej drugiej części Manchesteru. Dlatego właśnie podczas kampanii tak byłem i jestem dalej za cierpliwością. Liverpool musi absolutnie wyciągnąć wnioski z minionego sezonu, nie ma zmiłuj! Kluczowe jest wykończenie akcji, co kosztowało nas wiele punktów w ubiegłych rozgrywkach i spowodowało, że mieliśmy najgorszą średnią w Europie, jeśli chodzi o zdobywanie bramek. Jednak poprawki należy zastosować nie tylko na boisku, lecz i poza nim, o czym wspomniałem w poprzednim akapicie.

Nie będę bawił się w podsumowywania i ocenianie naszych graczy, zrobili to już za mnie koledzy z redakcji i chwała im za dobrze odwaloną robotę. Odpowiem zatem na ostatnie pytanie, które na pewno zostałoby mi zadane w komentarzach pod tym tekstem: czy chcę Dalglisha w następnym sezonie na stanowisku managera? Moja odpowiedź: nie wiem, nie mam zdania. Z jednej strony dwa finały (z czego jeden wygrany) podczas pierwszego sezonu po wyciągnięciu nas z bagna pozostawionego po Benitezie, Hodgsonie oraz duecie Hicks&Gillett daje nikłą nadzieję na optymistyczny następny sezon, z drugiej jednak strony ligowa forma pozostawia wiele do życzenia.

Jedno jest pewne. Pozycja Kenny’ego jest w rękach Johna i Toma i to oni podejmą decyzję, co do pozostawienia bądź zwolnienia Szkota. Nam pozostaje nic innego, jak przymusowy, miesięczny odpoczynek od futbolu, co niektórym da szansę na przybliżenie sobie paru faktów odnośnie historii piłki, a innym pozwoli zregenerować nadszarpnięte nerwy spowodowane minioną kampanią. Miejmy tylko nadzieję, że w przyszłym sezonie – niezależnie od tego, kto będzie nas prowadził – nasze humory będą pławić się w błogim słońcu zwycięstw i sukcesów, niż depresyjnych i deszczowych porażkach, czego sobie i Wam życzę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz