Wróciłem na nocki w pracy. Nie było źle przez pierwsze dwie, ale wczoraj miałem dzień wolny i teraz czuję się, jakbym zjeżdżał po amfie. Wciągałem to gówno w lipcu, więc wiem, co mówię. Totalne znieczulenie i poczucie lawirowania pomiędzy dwoma światami: żywych i umarłych. Dziwne uczucie.
We wtorek skończyłem nockę o 8.15 rano i od tej pory miałem wolne. Chciałem się maksymalnie wymęczyć i zostać na nogach jak najdłużej, a z drugiej strony spanie cholernie mnie łamało. Oczywiście poszedłem do łóżka, a później poszedłem do J. celebrować nasze małe święto i przy okazji, bardzo personalnie, urodziny Liverpoolu. Wróciłem do domu w środę przed szóstą, poszedłem spać i o 10 z powrotem na nogach, bo opieka Morfeusza poszła w cholerę. I tak jestem do tej pory przytomny, ale balansuję na tej granicy snu i jawy. Oczy próbują lecieć w dół, ale ostro się przeciwstawiam, aplikując sobie energetyki. Green-Up daje radę, ale to metoda na krótką chwilę. Dzień wolny między nockami to jednak bolesna sprawa...
Trzeba będzie odespać, organizm potrzebuje snu i widzę i czuję to bardzo dokładnie w wielu sytuacjach. Nawet proste zrobienie kółka biegowego w parku sprawia wielkie trudności. Wyśpię się jutro, obiecuję. Byleby tylko być przytomnym na mecz Liverpoolu. Z chłopakami sprawdzimy nowy lokal i kto wie, czy tam nie przeniesiemy się na stałe. Metr piwa kusi, a że cena jest bardzo przystępna, to będziemy testować. Leciutko, bez przesady. Nawalimy się kiedy indziej.
A póki co, to byle do weekendu. Rockowa impreza, mecz na Orliku z Realem Madryt: podoba mi się to.
Czekam na odpowiedź od Caroline Wozniacki. Wywiad już gotowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz