Wycieczka zaczęła się już od czwartkowych przygotowań. Pożegnanie z ukochaną, pakowanie torby, układanie w głowie przyśpiewek, przestawienie umysłu na ponowne odwiedzenie mojego drugiego miasta rodzinnego, jak zwykłem znów nazywać Liverpool. Bo kocham to miasto i kocham ten klub tak, jak mój rodzinny Rzeszów, a kto wie czy nie mocniej. Po widoku mojego prawego przedramienia mogę śmiało stwierdzić, że jednak Liverpool ma palmę pierwszeństwa jeśli o to chodzi. W każdym razie przygotowałem cały ekwipunek i uskrzydlony myślami o ponownym zobaczeniu doków Alberta, naszej poczciwej Formuły i przede wszystkim chłopaków, położyłem się spać.
Czwarty dzień marca oznaczał rozpoczęcie epickiej wyprawy. Dojazd do Gliwic porannym pociągiem minął zaskakująco szybko. Przez moje uszy nieustannie przepływały liverpoolskie przyśpiewki, tak dobrze znane nam, kibicom Liverpoolu. Około godziny 15 spotkałem się z Otim i Benym i, już we trójkę, ruszyliśmy w kierunku wrocławskiego lotniska.
Lot przebiegł spokojnie i szybko, umilany magiczną pepsi i rozmowami o Premier League. Jak ja to uwielbiam! Niesamowite jest to, że trójka przyjaciół może rozmawiać w kółko o piłce i im się to nie nudzi. Przed godziną 23 lot z Wrocławia gładko wylądował na płycie lotniska Johna Lennona w Liverpoolu, gdzie w terminalu czekali już na nas Yoda z Kubą. Całą piątką wyruszyliśmy w stronę hotelu i po szybkim ulokowaniu się w pokojach rozpoczęliśmy kolejny punkt naszej wycieczki, czyli rozładowanie przedmeczowego napięcia. Bumper i rockowa noc już na nas czekali!
Sobotni poranek standardowo przywitał zmęczeniem i mglistą pamięcią idealnie dostosowującą się do warunków pogodowych za oknem. „It’s been a hard day’s night” – śpiewaliśmy rano zachrypniętymi głosami podążając za Beatlesami w ich rodzinnym mieście. Jednak mimo niechęci podniesienia swoich zwłok z łóżka, jakoś się przemogliśmy i po porannych czynnościach regeneracyjnych ruszyliśmy w miasto. Shopping, powrót do hotelu z zakupami i wyjazd na Anfield tylko po to, aby poczuć przedmeczową atmosferę – to były kolejne plany naszej eskapady.
Piwko w The Albert zwiększyło naszą energię i humory oraz pomogło w rozkręceniu wspólnych klubowych śpiewów z kilkoma Norwegami, którzy również w spokoju, dopóki się nie pojawiliśmy, raczyli się złocistym trunkiem. No tak, pokazaliśmy, która nacja bawi się najlepiej. Lecz czekał na nas kolejny punkt naszej jakże zwariowanej wycieczki.
Pogoda nieco się wyklarowała i zmotywowała nas na spacer przez Stanley Park pod Goodison Park, gdzie z uśmiechami na twarzy opowiadaliśmy sobie dowcipy o Evertonie. Następnie krótka podróż taksówkami na jakże przepyszne chińskie żarcie (pozdrowienia dla Taty Karasia i Kuby ;) – przy. red.) i coraz szybsze odliczanie godzin, minut, sekund do niedzielnej potyczki stało się faktem.
Niedziela. Na ten dzień czekałem całe swoje fanatycznie Czerwone życie. To właśnie 6 marca spełniło się moje kolejne marzenie. Liverpool FC versus Manchester United, jakby powiedział to Felix De Souza. Juz od rana nie mogłem ustać ani usiedzieć w miejscu. Tym bardziej że pogoda pięknie dopisała. Cudowne słońce wspaniale oświetlało ulice Liverpoolu, które o 11 rano były opustoszałe. Tylko starszy pan sprzedający programy meczowe był na swoim miejscu i swoim donośnym głosem oświadczał wszem i wobec, że ma je na sprzedaż. Oczywiście nie mogliśmy nie zaopatrzyć się w nie i z coraz większym napięciem ruszyliśmy pod hotel, gdzie umówiliśmy się z resztą ekipy. Dokładnie w samo południe ruszyliśmy na Liverpool One Bus Stadion i stamtąd pojechaliśmy autobusem na Anfield. Z każdą minutą rosło zniecierpliwienie i stres rosły coraz bardziej. Wszak gramy z liderem ligi, tak? Każdy doskonale wie, że te spotkania elektryzują całą Anglię, a my byliśmy, jak podłączeni do stałego napięcia.
Pod Anfield rozdzieliliśmy bilety i razem z Kubą oddaliłem się na nasz sektor. The Kop: witaj ponownie! Siódmy rząd zaraz za bramką niedaleko lewego słupka, doskonała widoczność, cudowna pogoda i uśmiechnięci piłkarze na rozgrzewce, czego chcieć więcej? Pół godziny, coraz większe napięcie, odliczanie minut, nagle dyskusje między kibicami cichną i zaczynamy! Obie ekipy wychodzą na boisko i rozpoczynają bitwę o Anglię. Nie będę tu opisywał meczu, bo kto oglądał, widział, co działo się na boisku. Jednak oglądanie meczu w TV, a bycie tam na żywo, to dwie różne bajki. Cudownie czuło się każdą przyśpiewkę, każde słowo dopingu i zapał oraz ambicje wrzucone we wspieranie naszych piłkarzy. Każdy wers piosenki przechodził przez cały organizm, dostawał się do mózgu i układu krwionośnego i krążył dokładnie tak, jak krążył doping po Anfield. Sympatycy Manchesteru nawet nie próbowali nas wykrzyczeć, nasze gardła tego dnia były mocniejsze i bardziej zdeterminowane, aby pomóc piłkarzom The Reds w odniesieniu korzystnego rezultatu. Nowa piosenka o Luisie Suarezie niosła się kibicom Diabłów pewnie podczas całej drogi powrotnej do Manchesteru, podobnie jak w moich uszach dźwięczało spontaniczne, ale piękne „Happy Birhtday” dla naszego Króla, który w piątek obchodził urodziny. Niesamowite przeżycie niesamowitego spotkania i piękne obrazy utrwalone w głowie, aby nie zapomnieć o kolejnym spełnionym marzeniu.

Mogę śmiało powiedzieć, że ten wyjazd był do tej pory moim najlepszym wyjazdem na mecz Liverpoolu. Moja klątwa nie przestaje działać, oby trwała jak najdłużej, szczególnie w potyczkach z tak klasowymi zespołami jak Manchester United. Dziecięce marzenie zostało spełnione, czy teraz czas na finał w Dublinie? Kto wie, czas pokaże…





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz