czwartek, 9 czerwca 2011

nocnych przemyśleń czas

Dzieje się ostatnio sporo. Głównie wszystko się kręci wokół Turnieju. Lipcowa impreza zaczyna nabierać coraz lepszego kształtu i z początkowego amatorskiego kopania zmienia się w naprawdę ciekawą inicjatywę. A piątkowy artykuł w Super Nowościach (do przeczytania w internetowym wydaniu pod tym linkiem) tylko dał nam rozgłos i już słyszę słowa pochwał i większego zainteresowania pomocą Dominikowi. Cieszy mnie to niezmiernie.

Przede wszystkim ucieszył mnie mail od Jamiego Carraghera. Kilka tygodni temu napisałem do jego fundacji z prośbą o pomoc Dominikowi i kiedy już gubiłem nadzieję na jakąkolwiek odpowiedź, piątkowy mail na redakcyjnej skrzynce zaskoczył mnie i to bardzo. Sam Carra pofatygował się odpisać mi, zwykłemu szarakowi z Polski i podał numer telefonu do prezesa, abym się z nim kontaktował w sprawie pomocy. W poniedziałek zadzwoniłem i jestem po pierwszych, bardzo wstępnych ustaleniach. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie po naszej myśli i uda się nam zrobić małą niespodziankę. Liczę też po cichu na odpowiedź z fundacji Cheryl Cole, wczoraj napisałem tam maila i może, może marzenia się spełnią? Kto to wie...

Turniej zapowiada się naprawdę fajnie. Mam już też pełny skład jury oceniającego doping kibiców. Wesoła ekipa, J., V., i Domi dadzą czadu. V. z J. zgrały się ze sobą w niedzielę i będzie naprawdę ciekawie, jak dziewczyny zaczną oceniać poczynania kibiców dopingujących swoje teamy.

Przydał mi się ten wyjazd do Sanoka na weekendzie. I to nie tylko dlatego, że 'zaklepałem' skład jury, ale przede wszystkim psychicznie mi to pomogło. Potrzebowałem odskoczni od Rzeszowa mimo tygodniowego pobytu w Barcelonie, potrzebowałem go zdecydowanie. Udało sie, głowa się wyczyściła, poczułem się o wiele lepiej i myślę, że to z korzyścią przede wszystkim dla mnie i J. Ostatnio było jakoś tak dziwnie, sam nie wiem dlaczego. Jednak wszystko wraca do normy i mnie to cieszy, bo sam zacząłem się martwić, co się, do jasnej cholery znów dzieje, że byłem taki zdystansowany. Nagły nawrót choroby lub szczątkowe jej elementy odzywające się w moim organiźmie? Raczej nie, ale miłe to z pewnością nie było, w szczególności dla J. Najważniejsze jednak, że jest lepiej, choć brakuje mi jej obecności. Nocne zmiany, odsypianie, jedynie wtorkowe wyjście do kina dało nam trochę czasu na pobycie ze sobą. Ale to za mało. Powoli mam dość tej pracy...

Cieszę się, że mam tę robotę, bo było ciężko przez ostatnie trzy lata, naprawdę złapałem rok temu byka za rogi z pracą w CWT, jednak wraca do mnie znów irytacja ludźmi. Coraz bardziej wkurwiają mnie wszyscy dzwoniący. Może dlatego, że większość debili, z którymi mam kontakt przez tą pieprzoną słuchawkę, to Amerykanie, których, delikatnie mówiąc, nie bardzo darzę sympatią? Po prostu mam odruch wymiotny, kiedy na lookUpie widzę, że kolejny pacjent do załatwienia zlokalizowany jest w pieprzonych Stanach Zjebanej Ameryki Północnej. Ehh...

Tęsknię. Coraz bardziej tęsknię za kilkoma rzeczami i z każdym dniem ta tęsknota się powiększa. Przede wszystkim za Liverpoolem. Tak, wiem, byłem tam już kilkakrotnie na przełomie sezonu 2010-11, ale te kilka dni podczas meczów z Aston Villą, Evertonem czy Man United, to, przy całym szacunku dla ludzi, z którymi dzieliłem wtedy czas i świetną zabawę, nie to samo, co życie tam na codzień. Gdyby tylko była tam stała praca, tak jak tutaj, gdybym wiedział, że nie muszę się martwić, czy na następny dzień będę miał zmianę czy nie, jak dwa lata temu. Było tak blisko... Never mind. Sierpień już blisko. Jednak to znów będzie tylko tydzień, ale ponownie w moje płuca uderzy to cudowne, rześkie powietrze z doków, w zasięgu moich oczu znów pojawi się magiczne Anfield, a w uszach będzie brzmiał piękny scouserski dialekt. Nie mogę się już doczekać.

Teraz jednak czas finalizować Turniej i poprawiać swoją formę. Po wczorajszym graniu nie jestem zbytnio zadowolony. Owszem, łapało mi się całkiem dobrze, ale dwie bramki, które wpuściłem, nie powinny wylądować w siatce. Jestem zły na siebie, bo chcę zagrać jak najlepiej na Turnieju, aby godnie reprezentować Czerwone barwy. I jeszcze teraz naciągnięty mięsień przywodziciela pachwiny.. Boli, jak skurwysyn, mam nadzieję, że to nic poważnego. Heh, zachciało mi się gry z tymi amatorami, z którymi ostatnio zjebałem sobie palec. Ostatnio ilekroć z nimi grałem, to coś mi się działo. Dziwne to trochę, tym bardziej, że dokładnie się rozgrzałem przed meczem i ta kontuzja nie powinna się przyplątać. Cóż, damy radę jakoś, nasmaruję to maścią i może jakoś przez dzień, jak będę spał, to przejdzie. Tylko dlaczego dzień przed koncertem Iron Maiden?! God damn it...

Wracam do pracy. Jeszcze trzy godziny i będę mógł położyć się spać.

Morfeuszu, weź mnie stąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz