niedziela, 13 grudnia 2009

z pamietnika Scousera vol. 11: D-Day upon us

Tego mi bylo trzeba. Porzadnego, mocno metalowego, muzycznego kopa. Dawno nie bylismy na koncercie i to normalne, ze bylismy wyglodniali prawdziwej muzyki na zywo. I stalo sie. Stalo sie dzieki znajomosci kolegow ze szwedzkiego Sabatonu. Tak sie akurat zlozylo, ze wystepowali w Liverpoolu, wiec jeszcze w Polsce podczas rzeszowskiego wystepu, porozmawialismy o grudniowym liverpoolskim koncercie. O dziennikarskie zaciecie, ktore pomogles mi dotrzec do tylu cudownych chwil, przezyc i osob, czyn to dalej!

Oczekiwalem tego koncertu z duza niecierpliwoscia i niepewnoscia. A wszystko dlatego, ze zostaly w glowie stare przyzwyczajenia. Co z tego, zej estesmy na liscie gosci, skoro ktos moze uznac, ze koncert jest specyficzny (nie wybacze tego Vaderowi!, lista moze zaginac, badz jakikolwiek durny powod, byleby tylko nie wpuscic kogos za darmo. Tak, przyznaje sie, bardzo sie przyzwyczailem do darmowych wejsciowek i jest mi z tym szatansko dobrze, ze dzieki kilku mailom lub telefonom potrafie dostac sie na koncert nie tracac kupy pieniedzy. O dziennikarskie zaciecie, dzieki Ci raz jeszcze.

Okazuje sie po raz kolejnym ze UK rozni sie od Polski znacznie. Skoro jestes na liscie gosci, to wejdziesz. Ochrona jest mila i pomocna, a gdy trzeba dzialac, robi to w kulturalny i nie budzadzy odrazy sposob. No i weszlismy do o2 Academy bez zadnych problemow. Czterogodzinne show skladalo sie z wystepow czterech zespolow: Dragonforce (ktorego zupelnie nie znam i o nim nie slyszalem, ale nadrobie to dzieki cioci Wikipedii i kuzynowi Youtube) jako gwiazda wieczoru oraz supportujace emowate Glamour of the Kill, behemotopodobny Sylosis oraz nasi kumple. Nie musze dodawac, ze to wlasnie Sabaton byl dla nas niekwestionowanym liderem i glowna gwiazda tego show.

Poczatek nie byl jednak najlepszy. O ile Glamour of the Kill instrumentalnie brzmi swietnie i w kilku momentach sprawili, ze moje cialo zmoglo sie do ruchu, tak wokal jest fatalny. Frontman spiewa tak, jakby ktos odstrzelil mu jaja, co daje efekt totalnego zaniechania jakichkolwiek form headbangingu czy chocby machania lapami. Zreszta ponizej probka ich mozliwosci:



Zaraz po GotK na scene wyszli chlopaki z Sylosis. Kolejny zespol, ktorego w ogloe nie kojarze ani ociupinke.Nawet mialem obawy, ze to moze byc podobne do wczesniejszych grajkow. Gdybym tylko mogl tu przekazac moja mine, kiedy uslyszalem, jak graja. Moj wyraz twarzy wyrazal wielki pozytyw w momencie juz pierwszych nutek i po kilku sekundach wokalu. Chlopaki momentami pzypominali mi naszego starego, dobrego Behemoa. Ah te gitary prowadzace! Ah, ten bas! Ah ta perkusja i niezrozumiale slowa wokalisty! Iscie szatanska energia w sam raz potrzebna na roruszanie naszych cial przed Sabatonem.



I w koncu stalo sie. Szwedzi w wojskowych spodniach weszli na scene, a my z M. i Agnieszka (ktora poznalismy w jednej z naszych fabrycznych robot, a ktora ma podobne zainteresowania muzyczne, jak i my) przebilismy sie pod nia, aby jak najlepiej wszystko slyszec i widziec. O Joakimie, jak bardzo Twoj glos dzwieczy mi dalej w uszach. Mega-kakofonia dzwiekow dla jednych, dla nas miod w najczystszej, metalowej postaci. Nie potrafie opisac, jak wspaniale emocje mna targaly. Jakbym rozplywal sie gdzies w czasoprzestrzeni, a kazda nuta prowadzila moje czasteczki do ekstazy. Calkowity odlot. W pewnym momencie stracilem kontrole nad swoim cialem. Headbanging, fisting i podskakiwani w rytm muzyki: to jest wlasnie to, co Rad kocha naj koncertach. No i do tego zdarte gardlo od spiewania "Ghost Division", "40:1" czy "Primo Victoria". Istna magia, nie tylko dla nas, bo Sabaton rozruszal liverpoolska publicznosc w niesamowity sposob. Glosne skandowanie "Sabaton! Sabaton! (glownie z naszej, polskiej strony, gdyz na koncercie pojawila sie calkiem spora grupka rodakow oraz fan klub Sabatonu ze Szwecji) tak zaskoczylo Joakima, ze nie szczedzil oklaskow i uklonow w strone publicznosci. Do tego jego swietny kontakt z publika sprawil, ze to Sabaton byl, uzywajac jezyka Dariusza Sz., zwyciezca tego show.

O Dragonforce nie bede pisal zbyt wiele. Jak dla mnie chlopaki z Londynu grali calkiem przystepnie, ale pod koniec kolejne piosenki zaczely sie zlewac nam w jedno. Do tego proba kontaktu z publika (ktora mimo wszystko bawila sie przednie) za pomoca niewybrednych zartow calkowicie zniesmaczyla nam wystep i wyszlismy jakies 15 minut przed zakonczeniem koncertu.



Spotkanie z Joakimem, czekajac w zimnie bylo tym, co uczynilo ten wystep tak wyjatkowym. Cieple przyjecie Szweda, chwila konwersacji na temat wystepu oraz nasze podziekowania za koncerty tutaj w Liverpoolu oraz w Rzeszowie. Bylo wspaniale, fantastycznie, cudownie. I licze na wiecej, bo mam ochote spelniac zalozenia Grubego Eda:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz