piątek, 16 lipca 2010

cherylowe dywagacje

Przyjaciel zadał mi ostatnio pytanie: jak człowiek, który na codzień słucha ciężkiej muzyki opartej na gitarowych riffach i mocnym pierdolnięciu w perkusję, może czytać biografię popowej gwiazdeczki i słuchać jej piosenek? Jak to możliwe?

Szczerze to wcześniej się nad tym nie zastanawiałem. Hmm, ładna jest, nawet bardzo. Podoba mi się. Zjawiskowa kobieta, jak na Brytyjkę. I równie głupiutka, ale to już inna strona medalu i nie będę wnikał w szczegóły jej decyzji o związku z tym piłkarzem...

Ale dlaczego? Dlaczego Cheryl? Przecież są inne Rihanny, Pixie Lothy czy Katie Perry. Dlaczego? Przez sentyment. Pieprzony sentyment do Liverpoolu. Najpierw Girls Aloud, ilekoć je słuchałem, zawsze przypominałem sobie liverpoolskie czasy 2007.2008, kiedy się wybijały i miały swoje pięć minut, a ich piosenki były w Juice FM co godzinę, wpadały w ucho i nuciłem je sobie w pracy.







I teraz Cheryl, która zaczęła solową karierę i Liverpool 2009/2010, kiedy to oglądaliśmy w malutkim telewizorku X-Factora...



Liverpool i "Daily Star", "Daily Mirror", a na okładkach Chezza. I jej teledyski do "# Words" czy "Parachute". A przede wszystkim mina M., kiedy usłyszała po raz pierwszy "Fight For This Love" i jej późniejsze reakcje na tę "piosenkę"...

M., M., M., Twoja zazdrość o Cheryl była taka słodka, taka zabawna, taka nasza... Pamiętasz, jak mówiłaś, że nie da się zatańczyć do "Parachute"? Wiem, mówiłem wtedy o tangu, ale spójrz na klip poniżej, da się i ja chciałbym tak zatańczyć... Potrzebuję tabletek...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz