Deszczowa pogoda. W sam raz na pisanie. Siedzę w pracy i roztrzęsiony myślę.
Myślę o telefonie.
O głosie w słuchawce.
O wszystkich myślach które przyszły mi do głowy.
Bo ten wtorek był jakiś dziwny. Spałem do 16, jak nigdy. Wstałem w tragicznym stanie, smutny, okropnie zimny i z oczami pełnymi łez. Nie wiem, po prostu nie wiem. Znów kłótnia z rodzicami, znów uderzenie ojca... Tylko dlatego, że nie poszedłem do sklepu, bo wstałem. Nic nie powiedziałem, nie dokończyłem śniadania, wyszedłem.
Myślałem o Tobie już wtedy.
W ogóle nie przestałem o Tobie myśleć.
Ból. Fizyczny i psychiczny. Spotkanie z Bartkiem, które pozwoliło mi się oderwać od moich chorych przemyśleń. Od mojej drugiej osobowości. Jakoś było lepiej. Śmiałem się, zapominając o wszystkim. Było mi dobrze.
I potem znów powrót do domu. I znów sam na sam ze swoim chorym umysłem, ze swoją prywatną wojną w głowie. Prawda jest taka, że nie mam swojego miejsca na świecie. Mój azyl, moja ostoja zginęła, choć chciałbym Ją odzyskać. Dom rodziców jest moim więzieniem. Bo znów wszystko przeze mnie. Przyzwyczaiłem się.
Telefon. Ten znajomy głos w słuchawce. Głos, który spowodował wybuch wulkanu. Pamiętam tylko głos, słowa uleciały, wpadłem w trans, w omamienie, otępienie. Nie wiem, gdzie się znalazłem. Pamiętam tylko ten śliczny głos...
Potrzebuję tych prochów. Muszę je wziąć. Muszę wziąć ich więcej. Natychmiast. Zwariuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz