sobota, 24 lipca 2010

zmienione plany, zaspokojenie głodu, boląca noga i mokra szmata

Nie pojechałem do Lublina. Nie pojechałem, bo jedyne pieniądze, które miałem, pożyczyłem mamie na mieszkanie i miała mi oddać wczoraj. I co: „a bo kupiłam bilet do Włoch…” Ok, zdarza się, ale naprawdę byłem nakręcony na ten koncert Europe. Cóż, shit happenes… Proszę, jedź już do tych Włoch, będzie już święty spokój, Ty będziesz sobie pracować, a ja sobie tutaj z ojcem jakoś poradzimy.

-----

Miałem nie grać w tym meczu i jednak zagrałem dzięki zmianie planów. Chelsea vs Liverpool, od dawna marzył mi się taki mecz. I w końcu doszło do skutku. Daleko trochę, bo wywiało nas aż na Słocinę, ale czego to się nie zrobi dla zaspokojenia głodu. Tak, już o tym wspominałem. To mój narkotyk. Liverpool, gra w piłkę. No i zagraliśmy. Byłem na wielkim gazie, nie grałem przecież od Kalwarii tak na poważnie. Bo to było wyzwanie. Czułem się, jakbym grał dla Liverpoolu, dumnie reprezentował klub z Liverbirdem na piersi. Jakby ten mecz miałby nam dać awans czy wygraną jakiegoś pucharu. Wiem, głupie chłopięce marzenie, ale co mi pozostało? Żyję marzeniami ostatnio…

Dobrze mi się grało mimo tego upału. Kilka fajnych interwencji i gra naszych z przodu wzmocniła wiarę w moje umiejętności. Chelsea nie była taka straszna, wygrali wcześniej z Realem 18:1, a my prowadziliśmy z nimi 3:0, więc pokazaliśmy że nie taka CFC straszna, jak ją malowali. Potem straciliśmy trochę głupio trzy bramki, jedna na pewno była moja. Ale nie graliśmy źle, dobre akcje wyprowadzaliśmy. W drugiej połowie warunki pogodowe nas zaskoczyły. Najpierw ulewa wielka, a potem grad rozkojarzył naszą grę, czasem na boisku nic nie było widać. Chelsea strzeliła kilka bramek, potem seria kontuzji przerzedziła nasz skład. Najpierw Gruby zszedł, bo miał problemy z pachwiną, potem Damiana przykosili i zmienił się ze mną na bramce. Pobiegłem w pole i długo nie pobiegałem, bo dostałem strzała w łydkę i mięsień do wymiany. Ciężko mi się chodzi. Wkurzyłem się owszem, ale cóż, taki jest football. Nie mam urazy.

Ostatecznie przegraliśmy bodajże 11:4, ale spokojnie, za tydzień rewanż.

-----

Miło było spotkać starych znajomych. 3 lata nie widziałem Acrossa, wcześniej spotkanie z Eweliną, której też jakoś tak nie widziałem. Miło, miło. Czuję, że odżywam powoli. Ale jak będzie dalej, zobaczymy. Napady depresji nie zelżyły, tabletki są blisko, terapia w dalszym ciągu trwa… Czy wyjdę z tego? Chciałbym… Bo dzisiejsza ulewa znów przywołała myśli, wspomnienia… Byłem mokry jak szmata, a każdy samochód ochlapywał mnie wodą i czułem się, jakbym dostawał po pysku… Memories, memories, why you won’t leave my mind?

Feeling… Hmm, I feel nothing… Just a football and Red Blood in my veins.

Liverpool is our nation!
Football is our language!
We're not English
We are Scouse!

RED 'till I die!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz