wtorek, 16 listopada 2010

Porażony bez użycia prądu

Czy brakiem słów można opisać koncert Comy w ramach trasy PowerOFF Coma? Oczywiście, tak byłoby najprościej, ale przy okazji pogwałciłbym wszelkie dziennikarskie reguły, choć właśnie w takim stanie, ogarnięty wielką niemocą twórczą oraz zauroczony nowymi aranżacjami, opuszczałem rzeszowski klub LIVE w niedzielny wieczór.

Muszę przyznać, że z niecierpliwością oczekiwałem akustycznego występu Roguca i spółki. Po przesłuchaniu dwóch ostatnich wydawnictw („Coma: Symfonicznie” i „Excess”) byłem jednocześnie pozytywnie zaskoczony płytą symfoniczną, jak i srodze zawiedziony angielską wersją „Hipertrofii”. Ale nie o tym tu mowa.

Czy można połączyć muzykę rockową i dźwięki instrumentów klasycznych i przede wszystkim znaleźć odpowiednie miejsce do przedstawienia takiego show? Rzeszowskiemu LIVE i zespołowi udało się to idealnie. Klub przygotował dla fanów Comy zarówno miejsca w lożach, jak i parkiet przed sceną, który krótko przed godziną 19 był już szczelnie wypełniony. Wszyscy z niecierpliwością wyczekiwali wyjścia zespołu na scenę. I pojawili się. Piotr Rogucki, Dominik Witczak, Marcin Kobza, Rafał Matuszak i Adam Marszałkowski w towarzystwie kilku muzyków z Orkiestry Symfoników Gdańskich zostali przywitani gromkimi brawami. Zespół zaczął spokojnie, od angielskojęzycznej piosenki „T.B.T.R.” z płyty "Excess”. Łagodny utwór ukołysał rozochoconych fanów, a muzycy symfoniczni nadali mu niesamowity, klasyczny wymiar. Od pierwszych dźwięków utworu, każdy uczestnik koncertu mógł pojąć, że to właśnie wsparcie gdańszczan będzie wielkim plusem występu Comy. Oczywiście nie można całej zasługi przypisywać tylko klasykom, bo chłopaki z Łodzi też dali z siebie wszystko. Poza tym, sam Rogucki w wywiadach przed trasą PowerOFF mówił, że te występy będą klimatyczne, raczej do zanurzenia się w dźwiękach.

I rzeczywiście tak było, nawet przy szybszych kawałkach, przy których z reguły skacze się w pogo i wydziera na całe gardło. „Transfuzja”, Nie ma Joozka”, „System” czy „Zamęt” zabrzmiały niekonwencjonalnie, jakby na nowo. Można było wydobyć z nich nową głębię, poczuć tę muzykę w żyłach. Nowe angielskojęzyczne utwory takie jak „Feel The Music Over” czy „Fuck The Police” brzmiały nawet lepiej, niż na „Excess”. Aranżacje piosenek, (nawet tak awangardowe, jak reggae-bluesowa wersja piosenki „Święta”) przygotowane przez Comę zostały bardzo ciepło przyjęte przez rzeszowską publiczność. Niesamowita gra świateł, doskonałe nagłośnienie w klubie, przez co mogliśmy usłyszeć każdą nutę ze wszystkich instrumentów oraz świetna integracja Roguca z publicznością sprawiły, że każdy uczestnik koncertu mógł odebrać go bardzo personalnie, jakby Coma grała tylko dla niego. Dodajmy do tego jeszcze poetyckie teksty piosenek, epicki rozmach melodii stworzony przez klasyków i melodyjny, wręcz zmysłowy wokal Piotra Roguckiego i mamy równanie na jedyny w swoim rodzaju i niesamowity koncert.

Koncert, który z pewnością na długo pozostanie w pamięci zagorzałych fanów Comy, jak i tych, którzy po raz pierwszy zetknęli się z twórczością zespołu i zostali pozytywnie porażeni. Bo Coma razi prądem, nawet na koncertach PowerOFF.

1 komentarz:

  1. Coma górą :)!!! każdy koncert jest wspaniały! Chłopaki tak trzymajcie!Czekam na nową płytę :)!!!

    OdpowiedzUsuń