czwartek, 9 września 2010

what a fucking day

I to dosłownie. Najpierw durne sny. Potem gotowanie obiadu, które mi nie wyszło, bo odwróciłem się na chwilę, żeby odebrać telefon, a tu obiad  zrobił niekontrolowany wybuch. Cóż, przeżyłem, posprzątałem i zjadłem to, co zostało. Trzeba było się pożywić jakoś.

Czas na wyjście do pracy umiliła mi komórka, która chwilę później się rozładowała. Nic, czekam na autobus. Przyjechał, raz, że spóźniony, dwa: zapchany jak jasna cholera. Oczywiście niemożliwością było dopchanie się do kasownika, który, po podaniu biletu, i tak nie działał. A do tego jeszcze wsiadły kanary i dostałem karę za jazdę bez biletu. I nawet mimo potwierdzenia przez pasażerów, że kasownik nie działał, na nic się zdały moje kłótnie. I nie tylko moje, bo kilka osób też dostało mandaty. Ehh, brilliant...

A najśmieszniejszy fakt, że wczoraj były moje imieniny ponoć, przynajmniej tak J. powiedziała, składając mi życzenia. Lucky me, wasn't I?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz