niedziela, 26 września 2010

where's that golden sky?

Frustracja. To słowo ciśnie mi się na usta od kilku spotkań, które rozegrał Liverpool FC. Nasza gra w tym sezonie, nie licząc kilku przebłysków, wygląda tragicznie. Jeżeli jeszcze po inauguracji EPL można było mieć jakieś nadzieje, bo przecież, grając w 10 całą drugą połowę, potrafiliśmy strzelić bramkę i wyjść na prowadzenie, tak z każdą następną kolejką robi się coraz gorzej.

Przypomnę: pierwsza kolejka z Arsenalem zremisowana 1-1 po dosyć dobrej grze. Gdyby nie błąd Pepe Reiny w końcówce, the Reds zaliczyliby bardzo dobry start, wygrywając z mocnym rywalem, który do 90 minuty grał z przewagą jednego zawodnika.

Drugi mecz rozgrywaliśmy na City of Manchester Stadium, gdzie bezlitośnie zostaliśmy wypunktowani przez Obywateli z Man City. Przy okazji nasi zawodnicy pokazali totalny antyfutbol, który nie powinien w ogóle zaistnieć w szeregach LFC. Być może wpływ na taki poziom gry miała decyzja Mascherano, który odmówił występu w tym spotkaniu, ale to tak, jakby szukać igły w stogu siana. Profesjonalny piłkarz nie powinien się przejmować taką sprawą, tylko grać najlepiej, jak potrafi.

Sześć dni po blamażu z MC, piłkarze Liverpoolu podejmowali West Brom. To spotkanie udało się wygrać 1-0 po bramce Torresa, lecz nasza gra znów nie zachwyciła. WBA, które w pierwszej kolejce dostało lanie od Chelsea, stawiło Liverpoolowi duży opór, ale geniusz Torresa zapewnił nam jakże upragnione trzy punkty.

Dwa tygodnie później, po przerwie reprezentacyjnej, piłkarze i kibice Liverpoolu jechali do Birmingham z nadziejami na kolejne zwycięstwo. Teren trudny, owszem, ale zawsze jest nadzieja w sercu, którą kibice Liverpoolu noszą ze sobą na co dzień. Ale Birmingham łatwo meczu oddać nie chciało, co więcej nie tylko się broniło, ale atakowało i to bardzo groźnie. Stworzyli więcej groźniejszych sytuacji niż Liverpool, który, tak na dobrą sprawę praktycznie nie zagroził bramce Birmingham, i gdyby nie genialne parady Reiny, to ponieślibyśmy kiepską porażkę.

Spotkanie z Manchesterem United miało być przełomowe. Chłopaki, podbudowani zwycięstwem 4-1 w Lidze Europejskiej przeciwko piłkarzom Steuy Bukareszt, byli pozytywnie nastawieni do potyczki na Old Trafford, licząc na korzystny wynik. Niestety, bańka optymizmu prysła i w Manchesterze. Mimo pogoni za wynikiem, jaką wykonał Stevie Gerrard, doprowadzając do remisu 2-2, znów obeszliśmy się smakiem i nie udało się wywieźć choćby punktu z gorącego terenu. Dymitar Berbatov skompletował hat-trick i to MU zgarnęło całą pulę, a nasza porażka, znów w nie za dobrym stylu, stała się faktem.

Czarę goryczy wypełniła porażka w Carling Cup z Northampton, które gra, uwaga, uwaga! w League Two (odpowiednik polskiej czwartej ligi). Ok, można się tłumaczyć złym układem planet, który miał wpływ na psychikę naszych grajków, padającym deszczem (wszak lało jak z cebra, murawa śliska, ciężko utrzymać pion) czy nawet bardzo młodym, rezerwowym składem (w którym tak naprawdę było tylko czterech młodzieżowców, a reszta to zawodnicy rezerwowi pierwszej jedenastki), ale, na miłość boską i szatańską, takich kelnerów Liverpool, siedmiokrotny zdobywca Carling Cup, powinien ograć z zamkniętymi oczami. Cóż, kolejna porażka i kompromitujące odpadnięcie z CC stało się faktem.

Ostatnia potyczka z Sunderlandem miała nam przynieść trzy punkty. Miała, ale nie przyniosła. Ledwo piłkarzom udało się ugrać remis z Czarnymi Kotami, które powinny zostać pokonane. Tymczasem ponownie oglądaliśmy żenującą grę podopiecznych Roya Hodgsona. O ile udało się szybko wyjść na prowadzenie, tak później rzut karny, a w drugiej połowie prowadzenie dla Sunderlandu wybiło Liverpoolowi chyba chęć do gry. Pomijając wątpliwą pracę sędziego, który mylił się na niekorzyść obu drużyn, nasza gra była fatalna. Widać było narastającą frustrację u piłkarzy, którzy dostawali kartki za bezmyślne faule. Żeby ta frustracja chociaż przyniosła pozytywny skutek w postaci konkretnego zagrożenia. Niestety, nie udało się. Piłkarze obudzili się dopiero po zdobyciu przez Stevena Gerrarda wyrównującej bramki, zaczęli myśleć na boisku, konstruować składne akcje, po których naprawdę się kotłowało pod polem karnym przeciwnika. W ostatniej minucie doskonałą sytuację zmarnował Daniel Agger i podział punktów to było maksimum, na jakie wczorajszego popołudnia było stać. Fernando Torres nie zagrał na miarę swoich możliwości i, mimo dwóch asyst, było można się dopatrzyć, że przeszedł obok meczu. Jedyni zawodnicy w naszych szeregach, którzy zagrali z sercem i zaangażowaniem, to w mojej opinii Gerro, Glen Johnson, Dirk Kuyt, Raul Meireles i Martin Skrtel.

Pepe Reina znów był rozkojarzony i zdarzyło mu się kilka niepewnych interwencji. Nasz legendarny numer 23 powinien już powoli przyzwyczajać się do ławki i zacząć się szkolić na trenera, bo stracił na swojej pewności i przede wszystkim szybkości. Kilka razy dał się ograć, jak dziecko, a przy okazji o mało nie „załatwił” nam straty środkowych obrońców, kiedy zderzył się z Martinem, rozbijając i jemu, i sobie głowę. Paul Konchesky długo nie pograł, nabawiając się kontuzji, ale nie zabłysnął szczególnie, kiedy przebywał na boisku. Jego zmiennik, Danny Agger, to nie jest lewy obrońca, choć stwarzał zagrożenie, a jego uderzenie z ostatniej minuty mogło dać nam, jakże potrzebne teraz, trzy punkty. Niestety, minimalnie się pomylił.

Po wczorajszym występie Poulsena muszę przyznać, że Lucas prezentuje lepszy poziom i piszę to z całą odpowiedzialnością. Duńczyk grał strasznie niepewnie, a po jego zagraniu ręką Sunderland zremisował. Inna kwestia, że piłka trafiła Christiana, nie był to zamierzony ruch, ale w każdym razie pajacyki w polu karnym raczej nie są mile widziane. Joe Cole na boisku był wczoraj zupełnie niewidoczny.

Coraz bardziej podoba mi się za to gra Davida Ngoga. Młody napastnik zastąpił na placu boju Poulsena i wniósł sporo ożywienia w grę the Reds. Widać u niego chęć gry, zaangażowanie. Niestety, mimo usilnych starań, wynik się już nie zmienił.

Po sześciu kolejkach zajmujemy niechlubne 15 miejsce z zaledwie sześcioma punktami na koncie. Czy ujrzymy nasze złote niebo, o którym śpiewamy przed i po zakończeniu meczu? Czy nadzieja, którą nosimy w sercu, pomoże nam zobaczyć w końcu wygrywający Liverpool, Liverpool, który walczy i nie poddaje się do ostatniego gwizdka arbitra? Liczę, że tak i liczę na to, że już niedługo coś się zmieni w pozytywną stronę. Liczę, że Roy jednak dokona jakichś cudów, bo jak na razie frustracja się powiększa. I oby po tej kolejce ta frustracja osiągnęła apogeum, a każdy kolejny mecz będzie przynosił nam upragnioną radość i epickie złote niebo. Życzę tego każdemu kibicowi.

3 komentarze:

  1. Świetne sprawozdanie. :)

    Pozostaje teraz życzyc im sukcesów.

    :*
    Kal.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlaczego nie można komentować poprzedniego wpisu?

    OdpowiedzUsuń