Odpaliłem sobie ostatnio Fifę 11 i zaktualizowałem składy zespołów angielskiej Premier League o najnowsze transfery. Oczywiście najbardziej skupiłem się na naszej drużynie i już po chwili w składzie miałem Charliego Adama oraz Jordana Hendersona. W afekcie transferowej zawieruchy dokupiłem sobie jeszcze Stewarta Downinga i mogłem zacząć grać.
Jednak ustalanie składu poszło mi o wiele dłużej niż zwykle. Zacząłem kombinować ze składem tak, aby umieścić wszystkich zawodników z tego okienka transferowego oraz pozostałych naszych kluczowych piłkarzy. I, uwaga, zaskoczę Was (choć i tak już to wiecie), nie da się. Zrobił się niesamowity tłok w środku pola. Adam, Lucas, Shelvey, Cole, Gerrard, Henderson, Aquilani, Spearing, Meireles – jest ciężko! Przestawiłem system na 4-3-3 i zagrałem w środku Adamem, Gerrardem i postawionym bardziej na prawej stronie Hendersonem, a w ataku pozostawiłem Suareza i Carrolla, wspieranych przez ustawionego ofensywnie na lewym skrzydle Downingu. A Raul? No właśnie, tu się zaczyna problem…
Raul Meireles przyszedł do Liverpoolu niecały rok temu za niespełna 14 milionów funtów i był to jeden z niewielu (dość powiedzieć: jedyny) udanych transferów Roya Hodgsona. Chociaż pierwszą połowę sezonu miał niezbyt dobrą, to mimo wszystko imponował solidną grą. Po przejęciu sterów w klubie przez Króla Kenny’ego Raul nagle zaczął strzelać bramki. Everton, Wolves, bramka z Chelsea, chyba wszyscy mamy przed oczami te gole. Wszyscy byli zadowoleni z formy Portugalczyka, który do końca sezonu był kluczową postacią zespołu pod nieobecność kontuzjowanego Stevena Gerrarda. Nasz obecny numer 4 imponował nie tylko na boisku, poza nim chętnie rozmawiał z fanami i dziennikarzami, uśmiechając się wokół. To właśnie uśmiech, jego tatuaże i optymizm były znakami rozpoznawczymi Raula Meirelesa.
Dlatego też wielkie było moje zdziwienie, kiedy dzisiejszy Daily Telegraph napisał o tym, że Raul prawdopodobnie nie jest uwzględniany w składzie na tournée po Chinach i Malezji. Rozumiem, Gerrard kontuzjowany, Lucas jest na Copa America, ale dlaczego Raul nie jedzie?! Dopiero po chwili doszło do mnie, że przecież dla Portugalczyka nie ma miejsca na boisku… Niestety, ale taka jest brutalna prawda. W tej chwili, przy całej sympatii dla Raula, jest on nam zbędny. On i może Alberto Aquilani są naszymi wartościowymi zawodnikami, ale kompletnie nam zbędnymi. Raul poza uderzeniem z dystansu i solidną, bo solidną grą, niestety nie ma zbyt wiele do zaoferowania Liverpoolowi. Javierem Mascherano w destrukcji to on nie będzie, akurat defensywa, to jeden ze słabszych punktów Meirelesa. Skrzydłowym też raczej nie będzie, nie ma prędkości Ashleya Younga czy Theo Walcotta, ani żelaznych płuc Dirka Kuyta.
Niestety, ale po transferze Charliego Adama, czas Raula na Anfield powoli dobiega końca. Najlepszym wyjściem dla Meirelesa będzie opuszczenie Anfield z podniesioną głową. Skorzysta na tym i klub i sam zawodnik, bo jeśli trafi do klubu, gdzie będzie grał pierwsze skrzypce, z pewnością nie będzie miał za złe włodarzom the Reds, że wystawili go na listę transferową. A z potencjalnej listy zawodników, którzy prawdopodobnie opuszczą Liverpool, Raul jest najbardziej łakomym kąskiem.
Jednak ustalanie składu poszło mi o wiele dłużej niż zwykle. Zacząłem kombinować ze składem tak, aby umieścić wszystkich zawodników z tego okienka transferowego oraz pozostałych naszych kluczowych piłkarzy. I, uwaga, zaskoczę Was (choć i tak już to wiecie), nie da się. Zrobił się niesamowity tłok w środku pola. Adam, Lucas, Shelvey, Cole, Gerrard, Henderson, Aquilani, Spearing, Meireles – jest ciężko! Przestawiłem system na 4-3-3 i zagrałem w środku Adamem, Gerrardem i postawionym bardziej na prawej stronie Hendersonem, a w ataku pozostawiłem Suareza i Carrolla, wspieranych przez ustawionego ofensywnie na lewym skrzydle Downingu. A Raul? No właśnie, tu się zaczyna problem…
Raul Meireles przyszedł do Liverpoolu niecały rok temu za niespełna 14 milionów funtów i był to jeden z niewielu (dość powiedzieć: jedyny) udanych transferów Roya Hodgsona. Chociaż pierwszą połowę sezonu miał niezbyt dobrą, to mimo wszystko imponował solidną grą. Po przejęciu sterów w klubie przez Króla Kenny’ego Raul nagle zaczął strzelać bramki. Everton, Wolves, bramka z Chelsea, chyba wszyscy mamy przed oczami te gole. Wszyscy byli zadowoleni z formy Portugalczyka, który do końca sezonu był kluczową postacią zespołu pod nieobecność kontuzjowanego Stevena Gerrarda. Nasz obecny numer 4 imponował nie tylko na boisku, poza nim chętnie rozmawiał z fanami i dziennikarzami, uśmiechając się wokół. To właśnie uśmiech, jego tatuaże i optymizm były znakami rozpoznawczymi Raula Meirelesa.
Dlatego też wielkie było moje zdziwienie, kiedy dzisiejszy Daily Telegraph napisał o tym, że Raul prawdopodobnie nie jest uwzględniany w składzie na tournée po Chinach i Malezji. Rozumiem, Gerrard kontuzjowany, Lucas jest na Copa America, ale dlaczego Raul nie jedzie?! Dopiero po chwili doszło do mnie, że przecież dla Portugalczyka nie ma miejsca na boisku… Niestety, ale taka jest brutalna prawda. W tej chwili, przy całej sympatii dla Raula, jest on nam zbędny. On i może Alberto Aquilani są naszymi wartościowymi zawodnikami, ale kompletnie nam zbędnymi. Raul poza uderzeniem z dystansu i solidną, bo solidną grą, niestety nie ma zbyt wiele do zaoferowania Liverpoolowi. Javierem Mascherano w destrukcji to on nie będzie, akurat defensywa, to jeden ze słabszych punktów Meirelesa. Skrzydłowym też raczej nie będzie, nie ma prędkości Ashleya Younga czy Theo Walcotta, ani żelaznych płuc Dirka Kuyta.
Niestety, ale po transferze Charliego Adama, czas Raula na Anfield powoli dobiega końca. Najlepszym wyjściem dla Meirelesa będzie opuszczenie Anfield z podniesioną głową. Skorzysta na tym i klub i sam zawodnik, bo jeśli trafi do klubu, gdzie będzie grał pierwsze skrzypce, z pewnością nie będzie miał za złe włodarzom the Reds, że wystawili go na listę transferową. A z potencjalnej listy zawodników, którzy prawdopodobnie opuszczą Liverpool, Raul jest najbardziej łakomym kąskiem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz