Zaskoczyła mnie dzisiejsza publikacja w The Times na temat tego, że klub do września ma czas na podjęcie decyzji w sprawie potencjalnej zmiany stadionu. Od razu nasunęło mi się pytanie: jaka wyprowadzka?! Przecież nie tak dawno temu nasi właściciele zarzekali się, że Liverpool nie opuści Anfield, że istnieje możliwość na rozbudowę. A teraz? Nagle stanowisko się zmieniło? Nie rozumiem tego…
Jednak po pięciu minutach intensywnego rozmyślania nad tą sprawą odpowiedź przyszła sama. To przecież oczywiste, że wyprowadzka nie nastąpi od razu. Stanley Park jeszcze nie powstało, więc potrzeba trochę czasu na budowę tego nowego stadionu. Tylko od razu przychodzi kolejne pytanie: czy uda się na nowy obiekt przenieść całą magię ‘starego Anfield’. To przecież na Anfield Road, L4 0TH the Reds świętowali największe sukcesy. To tutaj wygrywaliśmy mecze, które dawały nam 18 mistrzostw, to tutaj też odnosiliśmy bolesne porażki, jak mecz z Arsenalem w 1989 roku, który w ostatniej kolejce pozbawił nas mistrzostwa. Jednak Anfield to przede wszystkim świątynia kibiców, nad którą unosi się duch Billa Shankly’ego oraz Boba Paisleya, twórców potęgi Liverpoolu. To tutaj co roku, 15 kwietnia odbywają się uroczystości poświęcone ofiarom Hillsborough. Czy uda się to tak łatwo przenieść na nowy obiekt?
Rozumiem, że Liverpool potrzebuje większego stadionu, bo trudno jest konkurować z takimi tuzami jak chociażby Old Trafford (nie oszukujmy się, stadion naszych rywali, nawet mimo piknikowej atmosfery i teatralnej ciszy, generuje takie zyski, o których my możemy teraz tylko pomarzyć) czy niedościgniony obiekt Camp Nou. Piłka nożna to teraz cholerny marketing i jeśli chcesz się w niej liczyć, musisz inwestować w każdy aspekt klubu. Jednak Anfield Road jest zaliczane do stadionów – legend. I znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Budowa nowego stadionu to wzrost przychodów, ale ciągle powracający temat atmosfery rodzi niepewność, obawę.
Pomyślmy jednak chłodno. Może nowy stadion to kolejny krok w stronę nowej ery, ery pełnej sukcesów dla Liverpoolu? Mamy świetnego managera w osobie Kenny’ego Dalglisha, właścicieli, którzy rozumieją oczekiwania kibiców i przede wszystkim, nawet jak na Jankesów, rozumieją, o co chodzi w tym całym futbolu, czy jak oni to nazywają: soccerze. Budujemy w tym momencie mocny skład, który może osiągać sukcesy. Więc może pora i na nowy stadion, gdzie te sukcesy będą świętowane, a my sami będziemy mogli zapisywać kolejne złote zgłoski na kartach kroniki Liverpoolu?
Jakby nie patrzeć, cokolwiek by się nie stało, to w pewnym znaczeniu będzie to miarodajny sukces. Na pewno marketingowy, ale trzymam mocno kciuki, aby ten sukces marketingowy pociągnął za sobą sukcesy na boisku. Nie chcielibyśmy przecież, aby po przeprowadzce na Stanley Park, zespół grał jak Arsenal i nie potrafił zdobyć żadnego trofeum od kilku ładnych lat (choć i my w tej kwestii teraz nie odstępujemy Gunnersów…).
Mimo wszystko jestem tradycjonalistą i głosuję za rozbudową Anfield Road. A jeśli już to nie będzie możliwe, to nie sprzedawajmy nazwy sponsorowi czy komukolwiek innemu. Niech chociaż z nazwy będzie to nasze, kochane Anfield.
Jednak po pięciu minutach intensywnego rozmyślania nad tą sprawą odpowiedź przyszła sama. To przecież oczywiste, że wyprowadzka nie nastąpi od razu. Stanley Park jeszcze nie powstało, więc potrzeba trochę czasu na budowę tego nowego stadionu. Tylko od razu przychodzi kolejne pytanie: czy uda się na nowy obiekt przenieść całą magię ‘starego Anfield’. To przecież na Anfield Road, L4 0TH the Reds świętowali największe sukcesy. To tutaj wygrywaliśmy mecze, które dawały nam 18 mistrzostw, to tutaj też odnosiliśmy bolesne porażki, jak mecz z Arsenalem w 1989 roku, który w ostatniej kolejce pozbawił nas mistrzostwa. Jednak Anfield to przede wszystkim świątynia kibiców, nad którą unosi się duch Billa Shankly’ego oraz Boba Paisleya, twórców potęgi Liverpoolu. To tutaj co roku, 15 kwietnia odbywają się uroczystości poświęcone ofiarom Hillsborough. Czy uda się to tak łatwo przenieść na nowy obiekt?
Rozumiem, że Liverpool potrzebuje większego stadionu, bo trudno jest konkurować z takimi tuzami jak chociażby Old Trafford (nie oszukujmy się, stadion naszych rywali, nawet mimo piknikowej atmosfery i teatralnej ciszy, generuje takie zyski, o których my możemy teraz tylko pomarzyć) czy niedościgniony obiekt Camp Nou. Piłka nożna to teraz cholerny marketing i jeśli chcesz się w niej liczyć, musisz inwestować w każdy aspekt klubu. Jednak Anfield Road jest zaliczane do stadionów – legend. I znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Budowa nowego stadionu to wzrost przychodów, ale ciągle powracający temat atmosfery rodzi niepewność, obawę.
Pomyślmy jednak chłodno. Może nowy stadion to kolejny krok w stronę nowej ery, ery pełnej sukcesów dla Liverpoolu? Mamy świetnego managera w osobie Kenny’ego Dalglisha, właścicieli, którzy rozumieją oczekiwania kibiców i przede wszystkim, nawet jak na Jankesów, rozumieją, o co chodzi w tym całym futbolu, czy jak oni to nazywają: soccerze. Budujemy w tym momencie mocny skład, który może osiągać sukcesy. Więc może pora i na nowy stadion, gdzie te sukcesy będą świętowane, a my sami będziemy mogli zapisywać kolejne złote zgłoski na kartach kroniki Liverpoolu?
Jakby nie patrzeć, cokolwiek by się nie stało, to w pewnym znaczeniu będzie to miarodajny sukces. Na pewno marketingowy, ale trzymam mocno kciuki, aby ten sukces marketingowy pociągnął za sobą sukcesy na boisku. Nie chcielibyśmy przecież, aby po przeprowadzce na Stanley Park, zespół grał jak Arsenal i nie potrafił zdobyć żadnego trofeum od kilku ładnych lat (choć i my w tej kwestii teraz nie odstępujemy Gunnersów…).
Mimo wszystko jestem tradycjonalistą i głosuję za rozbudową Anfield Road. A jeśli już to nie będzie możliwe, to nie sprzedawajmy nazwy sponsorowi czy komukolwiek innemu. Niech chociaż z nazwy będzie to nasze, kochane Anfield.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz