środa, 13 lipca 2011

Sound of the Anfield Ground: Taki Liverpool chcę oglądać zawsze!

Nareszcie skończył się okres wegetacji i ponownie możemy oglądać naszych piłkarzy w akcji. Tak, proszę państwa, czas przygotowań przedsezonowych oficjalnie uważam za otwarty! I nie chodzi mi tylko o treningi, a o sparingi, na które wyczekiwaliśmy wszyscy z utęsknieniem, niczym poczciwe pieski czekające na swojego pana powracającego z dalekiej podróży. Cierpliwość się opłaciła i dzisiaj byliśmy świadkami pierwszego spotkania przedsezonowego Liverpoolu do nadchodzącego sezonu 2011-2012. Chyba nie muszę wspominać, z kim graliśmy?

Przeciwnik w tym wypadku jest najmniej ważny, przy całym szacunku dla Guangdong Sunray Cave. W tym meczu liczyło się to, co pokażą nasi zawodnicy. Tournée po Azji to wcale nie jest łatwy kawałek chleba, jak widzimy to po newsach i blogach prowadzonych przez kolegów z oficjalnej strony klubu oraz LFC TV. Sama podróż była męcząca, a czy trzy dni, to wystarczający czas na regenerację organizmów przy tak napiętym terminarzu? Nasi piłkarze pokazali, że tak, to jest możliwe.

Spotkanie zaczęliśmy w eksperymentalnym składzie. Kenny, jak to w swoim zwyczaju, postawił na mieszankę rutyny z młodzieńczą fantazję, zostawiając jednak na ławce najmocniejsze armaty w postaci Dirka Kuyta, Alberto Aquilaniego, Andy’ego Carrolla i debiutującego w Czerwonych barwach Charliego Adama. Skład, który pojawił się na boisku od pierwszych minut, jednak nie odstawał i pokazał się z dobrej strony.

Z całą pewnością wspaniale zagrał Martin Kelly, widać, że nie ma u niego żadnego śladu po niedawno przebytej kontuzji. Grał na prawej stronie pewnie, kilkakrotnie włączając się w akcje ofensywne i zagrażając bramce przeciwnika. Będzie miał Kenny twardy orzech do zgryzienia, na kogo postawić, bo o grę na prawej obronie aspirują jeszcze Glen Johnson i John Flanagan, który dobrze poradził sobie tym razem na lewej obronie. Problem bogactwa na prawej stronie? W to mi graj, drużynie wyjdzie to tylko na dobre.

Na osobny akapit zasługuje gra Joe Cole’a. Od początku Anglik gryzł trawę, szarpał z przodu i próbował zagrozić bramce przeciwnika. Jego dośrodkowania były idealnie mierzone, a po jednym z nich padła bramka strzelona przez Christiana Poulsena. Czyżby Joey wracał do optymalnej formy? Oby, bo ten zawodnik ma papiery na grę i pokazał, jak bardzo zależy mu na grze w czerwonej koszulce. Wierzę, że nie chodzi tu tylko o lukratywny kontrakt, jaki posiada, a o odnoszenie z klubem sukcesów. Nie zawiedź mnie, Joey!

Pierwsza połowa była rozgrywana pod dyktando the Reds, dwubramkowe prowadzenie było dziełem drewna opałowego, którego zamierzamy się pozbyć, być może te gole przyczynią się do zwiększenia zainteresowania tymi zawodnikami? Mam taką szczerą nadzieję, bo powoli w Liverpoolu robi się za ciasno dla niektórych grajków.

Druga połowa zaczęła się od jedenastu zmian, jakich dokonał Kenny i na boisku ujrzeliśmy nareszcie Charliego Adama. Ah, cóż za rozkosz patrzeć na tego zawodnika. To istny brylant w talii Dalglisha. Już jego pierwszy kontakt z piłką pokazał, że będziemy mieli z Adama wielki pożytek. Gdyby Andy Carroll popracował nad lepszym opanowaniem piłki, to Charlie zaliczyłby przy pierwszym podaniu pierwszą asystę w swojej karierze w LFC. 40-metrowe podanie było naprawdę pierwszej klasy i tylko niefrasobliwość Andy’ego zaważyła na tym, że nie zostało to należycie wykorzystane. Tak czy inaczej, spoglądając dzisiaj na grę Charliego Adama, stwierdzam, że będziemy mieli z niego więcej pożytku, niż z Xabiego Alonso, który przecież też miewał genialne zagrania. I proszę, nie rzucajcie się na mnie z tasakami w tym momencie, powtórzycie moje słowa pod koniec sezonu.

Oczywiście nie ujmujmy też nic pozostałym zawodnikom. Conor Coady zaliczył wymarzony debiut w czerwonej koszulce, zdobywając bramkę, Maxi Rodriguez pokazał, że poza akcją zakończoną bramką na 4-1, chyba jeszcze mentalnie nie wrócił z wakacji, a Dirk Kuyt swoją walecznością udowodnił, że jest jak maszyna i nie potrzebuje żadnych przygotowań przedsezonowych. Andy Carroll zdobył bramkę, walczył, miał nawet asystę przy bramce Conora, ale jego przyjęcie piłki po crossach Charliego jest jeszcze do poprawki. Żal straconych bramek pod koniec meczu, jednak patrząc ogółem, trzeba być zadowolonym z pozytywów i, mimo wszystko, wygranej. To dopiero pierwszy mecz, a ja już nie mogę się doczekać następnego. Grajmy tak dalej, a jestem pewien, że osiągniemy spory sukces w nadchodzącej kampanii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz