Myśląc nad przyszłymi rozgrywkami i tym, jak mamy wzbogacony środek pola poprzez ściągnięcie Charliego Adama, znów w obrębie moich myśli znalazł się Joe Cole. Joe, którego uwielbiałem jeszcze za czasów jego gry w West Hamie i Chelsea, mimo że do samego klubu nie pałam zbytnią przyjaźnią. Jednak Joey, jak mawiają na niego przyjaciele, zawsze był tym kimś specjalnym dla mnie, zawodnikiem, który potrafił z piłką zrobić coś wspaniałego. Nie muszę chyba przypominać jego magicznej bramki dającej wygraną Chelsea na Old Trafford, prawda? Co się zatem stało z tym fantastycznym zawodnikiem, który potrafił sam rozstrzygnąć losy meczu?
Kilka miesięcy temu pisałem już felieton na temat Anglika. Ten temat też już był wielokrotnie wałkowany przez wielu naszych rodzimych dziennikarzy piszących o Liverpoolu, jak również, a może przede wszystkim przez angielskich znawców piłki nożnej. Sam Cole wielokrotnie zapewniał nas o tym, jak bardzo się stara, jak ciężko pracuje na to, by w końcu w Liverpoolu jego kariera nabrała tempa. No bo przecież potrafię grać w tą durną piłkę z taką finezją, jak kiedyś?! Irytacja, to pewnie jedno z uczuć, które biega po głowie Cole’a. Powiedzmy sobie szczerze, ciężko będzie mu wywalczyć sobie teraz miejsce w składzie the Reds.
W środku pola mamy problem bogactwa. Niezaprzeczalnym liderem jest Steven Gerrard, do tego dochodzi wczorajszy nowy nabytek Charlie Adam. Kenny z pewnością nie sprowadzał byłego kapitana Mandarynek, aby grzał ławę. Nie zapominajmy też o naszym Graczu Sezonu, Lucasie i Raulu Meirelesie. Dodajcie do tego jeszcze Aquilaniego i Poulsena, który pewnie wyleci z klubu z wielkim hukiem, to daje nam sześciu zawodników aspirujących do gry w środku pomocy Liverpoolu. Joe teoretycznie może grać też na lewej stronie, ale perspektywa ewentualnego ściągnięcia na tę stronę Stewarta Downinga wcale nie ułatwi sympatycznemu Anglikowi zadania wywalczenia sobie miejsca w pierwszej jedenastce.
Do tego dochodzą kwestie finansowe. Cole zarabia w Liverpoolu niemałe pieniądze i zgodnie z polityką naszych właścicieli, grzanie ławki za 90 tysięcy funtów, to nie jest to, do czego chcą nas nasi Jankesi przyzwyczaić. Sam Joe chce jednak pokazać, że należy mu się miejsce w składzie. Samodzielne treningi biegowe i gimnastyka w Regent’s Park w Londynie pokazują zadziorność Cole’a, który chce się zaznaczyć na Anfield nie tylko czerwoną kartką w debiucie i niewykorzystanymi karnymi. Wierzę, ciągle wierzę, że Joe Cole może być kluczową postacią Liverpool FC, lecz wydaje mi się, że potrzebne będzie tutaj ultimatum. Renegocjujemy kontrakt, albo przy pierwszej, korzystnej dla klubu ofercie, żegnamy się z naszym numerem 10. Z całym szacunkiem i sympatią, jakim darzę pana Cole’a, to jednak dobro klubu jest najważniejsze.
Jednak wciąż w Ciebie wierzę, Joe! I Kenny tez to potwierdzał, mówiąc, że zaangażowanie Anglika na treningach jest wręcz wzorowe. Cole jest typem walczaka i dopóki nie będzie miał jasno postawione, że odchodzi, będzie walczył o miejsce w składzie, nawet z takimi zawodnikami jak Charlie Adam czy Steven Gerrard. Ta walka wyjdzie na dobre zarówno samemu zawodnikowi, jak i klubowi. Konkurencja jest wskazana, a w środku pola u nas jest aż nadto. Mogą grać tylko najlepsi. Mam ciągle nadzieję, że Joe zaliczy się do nich właśnie w tym sezonie.
Kilka miesięcy temu pisałem już felieton na temat Anglika. Ten temat też już był wielokrotnie wałkowany przez wielu naszych rodzimych dziennikarzy piszących o Liverpoolu, jak również, a może przede wszystkim przez angielskich znawców piłki nożnej. Sam Cole wielokrotnie zapewniał nas o tym, jak bardzo się stara, jak ciężko pracuje na to, by w końcu w Liverpoolu jego kariera nabrała tempa. No bo przecież potrafię grać w tą durną piłkę z taką finezją, jak kiedyś?! Irytacja, to pewnie jedno z uczuć, które biega po głowie Cole’a. Powiedzmy sobie szczerze, ciężko będzie mu wywalczyć sobie teraz miejsce w składzie the Reds.
W środku pola mamy problem bogactwa. Niezaprzeczalnym liderem jest Steven Gerrard, do tego dochodzi wczorajszy nowy nabytek Charlie Adam. Kenny z pewnością nie sprowadzał byłego kapitana Mandarynek, aby grzał ławę. Nie zapominajmy też o naszym Graczu Sezonu, Lucasie i Raulu Meirelesie. Dodajcie do tego jeszcze Aquilaniego i Poulsena, który pewnie wyleci z klubu z wielkim hukiem, to daje nam sześciu zawodników aspirujących do gry w środku pomocy Liverpoolu. Joe teoretycznie może grać też na lewej stronie, ale perspektywa ewentualnego ściągnięcia na tę stronę Stewarta Downinga wcale nie ułatwi sympatycznemu Anglikowi zadania wywalczenia sobie miejsca w pierwszej jedenastce.
Do tego dochodzą kwestie finansowe. Cole zarabia w Liverpoolu niemałe pieniądze i zgodnie z polityką naszych właścicieli, grzanie ławki za 90 tysięcy funtów, to nie jest to, do czego chcą nas nasi Jankesi przyzwyczaić. Sam Joe chce jednak pokazać, że należy mu się miejsce w składzie. Samodzielne treningi biegowe i gimnastyka w Regent’s Park w Londynie pokazują zadziorność Cole’a, który chce się zaznaczyć na Anfield nie tylko czerwoną kartką w debiucie i niewykorzystanymi karnymi. Wierzę, ciągle wierzę, że Joe Cole może być kluczową postacią Liverpool FC, lecz wydaje mi się, że potrzebne będzie tutaj ultimatum. Renegocjujemy kontrakt, albo przy pierwszej, korzystnej dla klubu ofercie, żegnamy się z naszym numerem 10. Z całym szacunkiem i sympatią, jakim darzę pana Cole’a, to jednak dobro klubu jest najważniejsze.
Jednak wciąż w Ciebie wierzę, Joe! I Kenny tez to potwierdzał, mówiąc, że zaangażowanie Anglika na treningach jest wręcz wzorowe. Cole jest typem walczaka i dopóki nie będzie miał jasno postawione, że odchodzi, będzie walczył o miejsce w składzie, nawet z takimi zawodnikami jak Charlie Adam czy Steven Gerrard. Ta walka wyjdzie na dobre zarówno samemu zawodnikowi, jak i klubowi. Konkurencja jest wskazana, a w środku pola u nas jest aż nadto. Mogą grać tylko najlepsi. Mam ciągle nadzieję, że Joe zaliczy się do nich właśnie w tym sezonie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz