czwartek, 21 lipca 2011

Steve Terrett - wywiad dla LFCPoland.com

Fajnie jest wrócić do dziennikarzenia pełną parą. Myślałem, że zapomniałem, jak to jest robić wywiad, ale jednak chyba jestem w formie. Jak myślicie? Zatem zapraszam do lektury wywiadu ze Stevem Terrettem i wyrażania swojej opinii :)

-----

Jest nam niezmiernie miło oddać w Wasze ręce wywiad ze Steve'm Terrettem, którego większość z nas kojarzy z programu nadawanego w TVP2 "Europa da się lubić". Steve pochodzi z Liverpoolu, lecz mieszka od kilkunastu lat w Polsce wykładając prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Oczywiście jest też wielkim kibicem Liverpoolu.

O swojej pasji oraz oczekiwaniach na przyszły sezon Steve opowiedział wyjątkowo dla naszego serwisu, a wywiad przeprowadził redaktor Master.

Zapraszamy do lektury!

LFCPoland.com: Wielu Polaków zna Cię z programu ‘Europa da się lubić’ i stąd wiemy, że jesteś wielkim kibicem Liverpoolu. Możesz nam opowiedzieć o swojej pasji do the Reds i kiedy się ona zaczęła?
Steve Terrett: - Moja pasja do Liverpoolu zaczęła się mniej więcej wtedy, kiedy zacząłem grać w piłkę, około 7 roku życia. W tym czasie Liverpool był niewątpliwie najlepszym zespołem na świecie i wygrywał wszystko, więc przypuszczam, że moglibyście określić mnie, że byłem ‘kibicem sukcesu’, ale myślę, że to w porządku, jeśli się ma siedem lat, prawda? Ale zostałem z Liverpoolem przez następne 30 lat, nawet wtedy, kiedy byliśmy mniej skuteczni w naszych polowaniach na trofea, więc myślę, że nie muszę się wstydzić moich dziecięcych wyborów.

Oglądałem mecze w TV i z podziwem patrzyłem, jak piłka chodziła, jak po sznurku między Alanem Hansenem, Graeme Sounessem, Sammym Lee, Philem Thompsonem i oczywiście Kenny’m Dalglishem. Następnego dnia na podwórku próbowałem powtórzyć wszystkie te ruchy, które widziałem w TV wieczór wcześniej i wielokrotnie się przy tym wywracałem, ale nigdy nie przestawałem próbować.

Moja fascynacja LFC osiągnęła apogeum, kiedy pierwszy raz poszedłem na Anfield i stanąłem na the Kop. Pasja i lojalność były tak budujące, że czułem się, jakbym odlatywał. Później w życiu Anfield stało się najważniejszą częścią mojego sobotniego popołudnia i chodziłem na the Kop, jakby to był mój prywatny kościół.

W 1998 roku, kiedy przeniosłem się do Polski, byłem na Anfield tylko kilka razy. O dziwo, mimo wielkiej tęsknoty za Anfield, z psychicznego punktu widzenia utrudnia mi to powrót. Jakoś jest łatwiej trzymać się z daleka – inaczej skusiłoby mnie to w ten sposób, że nie wróciłbym już więcej do Polski.

Mój syn ma teraz trzy lata, zacząłem z nim oglądać mecze i zdałem sobie sprawę, że jestem tak zdesperowany, aby i on kibicował Liverpoolowi. Mam obsesję na tym punkcie. Oczywiście syn ma wszystkie koszulki the Reds, ale nawet kiedy nie oglądamy meczu, gdzie gra Liverpool i kiedy jedna z drużyn strzeli bramkę skaczemy i krzyczymy: ‘do boju Liverpool’. W ten sposób mam nadzieję przekonać go, że tylko LFC strzela bramki w Premiership, więc mały na pewno będzie chciał ich wspierać. Nie muszę chyba mówić, że nie cieszymy się, jeśli to Man United strzeli gola…

- Który z obecnych lub byłych zawodników jest Twoim ulubionym?

To trudne pytanie – mniej więcej tak, jakbyś mnie zapytał ‘jaka jest Twoja ulubiona pozycja seksualna’. Z kilkoma wyjątkami wszystkie są świetne i dają mi ogromną przyjemność. Jednak spróbuję odpowiedzieć na powyższe pytanie.

Spośród obecnych graczy muszę wybrać Jamie Carraghera – nikt inny nie jest uosobieniem tego, jak można poświęcić się Liverpoolowi bardziej niż Carra (choć jako dziecko wspierał Everton, ale wszyscy robimy głupie rzeczy jako dzieci i później się tego wstydzimy, prawda?). Carra jest jednym z oldskulowych zawodników – przesiąkniętych jednym klubem – graczem, który przez całą karierę grał dla jednej drużyny i oddał jej serce i duszę w każdym występie na boisku. Łatwiej jest mi wyobrazić sobie Jarosława Kaczyńskiego w przebraniu króliczka z Playboya, niż Carrę w koszulce innego zespołu. Nie wydaje mi się, aby Jamie osiągnął rekord Iana Callaghana (potrzebuje rozegrać jeszcze 200 meczów) ale i tak przejdzie do historii jako jeden z najlepszych w tym klubie.

Z byłych zawodników odpowiedź może być tylko jedna – Król Kenny Dalglish był zawodnikiem, którym zawsze chciałem być, grając w piłkę jako dziecko i będzie naprawdę ciężko komukolwiek, żeby zrzycić go z mojego piedestału piłkarskich idoli.

- Jaki był Twój najlepszy moment podczas Twojej kariery, jako fan the Reds?
Było ich wiele, ale w ostatnich latach zdecydowanie finał Ligi Mistrzów z 2005 roku przeciwko Milanowi w Stambule będzie w mojej pamięci niczym skarb. To był mecz, który podsumowuje wszystko, jeśli chodzi o bycie fanem piłki nożnej. Oglądałem ten mecz w domu z przyjaciółmi i krzyczałem przed telewizorem przy każdym podaniu. W czasie przerwy, kiedy przegrywaliśmy 3-0, byłem zdruzgotany. Ale piłka uczy Cię, że tak jak w życiu, nie możesz się po prostu poddać, jeśli coś idzie nie tak. Tak jak słowa w naszym hymnie mówią: kiedy idziesz przez burzę, trzymaj głowę wysoko. Kiedy Stevie Gerrard strzelił na 1-3, mogłeś zobaczyć determinację płynącą w jego żyłach i, pomimo, że ciągle przegrywaliśmy, to napełniło mnie optymizmem (narkotyk, od którego większość kibiców jest uzależniona). Kiedy Smicer i Alonso strzelili dwie następne bramki, czułem się, jakbym był świadkiem małego cudu, ale wtedy też zaczął się wkradać pesymizm i byłem przekonany, że Milan strzeli coś przed końcem meczu. Dlaczego piłkarscy kibice łatwiej popadają w optymizm, kiedy ich drużyna przegrywa, a jest na odwrót, kiedy idzie dobrze? Na koniec meczu, kiedy Jerzy Dudek dołączył do panteonu bramkarskich sław Anfield do Bruce’a Grobellaara, czułem się, jakbym miał najmocniejszy orgazm w moim życiu (czego mogłem spodziewać się po 120 minutach gry wstępnej?). Jedynym problemem było to, że na następny dzień nagrywałem film turystyczny ’60 minut po Polsce’ wspólnie z Elą Dudą i zupełnie nie miałem głosu. Na szczęście Ela zna na to różne lekarstwa (wszystkie, które dotyczą różnych ilości wódki) i odzyskałem swój głos na tyle, by nakręcić scenę, a następnie siedzieć cicho aż do następnej sceny… i następnego kieliszka wódki!

- Czy mógłbyś powiedzieć nam, szczególnie młodszym kibicom, jak to jest widzieć, kiedy druzyna wygrywa ligę?
To niesamowite uczucie, kiedy po całym sezonie, wzlotach i upadkach, zdajesz sobie sprawę, że po całej ciężkiej pracy i emocjach w to włożonych (zarówno jako gracz, jak i kibic), musisz wygrać. Ale to był okres, w którym nie zdawałem sobie sprawy, jak wyjątkowe jest wygranie mistrzostwa. Przez lata 80 Liverpool wygrywał ligę tak ciężko, że szokiem było, kiedy zajęli drugie miejsce. Podczas tej dekady, która mogłaby się zakończyć wygraną w sezonie 1989-1990, czuło się, jakby Liverpool był przeznaczony do wygrywania ligi co rok. Fakt, że wtedy nie wygrali pokazuje, jak nie można być niczego pewnym w piłce nożnej. Długo już czekamy, a ja jestem tak zdesperowany, że przypominam sobie to uczucie i smak tytułu mistrzowskiego….

- Widziałeś wiele meczów na Anfield, ale czy byłeś na jakimś wyjeździe w Anglii lub w Europie? Jakie są różnice między kibicowaniem u siebie, a na wyjeździe?

Kiedy mieszkałem w Liverpoolu, byłem posiadaczem karnetu, więc miałem pierwszeństwo w zakupie biletów na wyjazdy i byłem na większości z nich. Moimi ulubionymi spotkaniami wyjazdowymi były zawsze mecze na Old Trafford – atmosfera była zawsze tak napięta, że czułem się wykończony po każdym meczu. Oczywiście zawsze znajdywałem w sobie ekstra energię do świętowania zwycięstwa! Kibicowanie Liverpoolowi na wyjazdach jest zawsze wyjątkowe, ponieważ jest nas mniej, niż kibiców gospodarzy, jesteśmy bliżej siebie i zawsze robimy wszystko, aby przekrzyczeć przeciwnika. Myślę, że jedne z lepszych wersji ‘You’ll Never Walk Alone’ były śpiewane na wyjazdach.

- Jaki był Twój najlepszy mecz wyjazdowy, który widziałeś?
Podczas sezonu 1995-1996 Liverpool grał na Old Trafford w dniu, w którym Eric Cantona wracał po 8-miesięcznym zawieszeniu za kopnięcie fana i atmosfera była niesamowita. Fani Manchesteru spodziewali się wielkich rzeczy po ich bohaterze, a my byliśmy pewni, że Robbie Fowler, Steve McManaman i Jamie Redknapp zapewnią Liverpoolowi zwycięstwo. Mecz był fantastyczny, Liverpool dwukrotnie doprowadzał do remisu, a mecz skończył się wynikiem 2-2. Ten mecz był dla mnie wyjątkowy też z tego powodu, że wtedy to był mój ostatni mecz wyjazdowy, w którym widziałem grającego Iana Rusha.

- Obecnie Liverpool jest po dwóch wygranych sparingach. Jakie są Twoje wrażenia po tych meczach. Czy sądzisz, że the Reds mogą osiągnąć w tym sezonie jakiś sukces?

Nie przykładam zbyt wiele uwagi do meczów przedsezonowych, szczególnie z drużynami spoza Anglii, ponieważ tempo i styl gry jest niczym w porównaniu do Premier League. Oczywiście lepiej jest taki mecz wygrać, niż przegrać i dopóki nikt nie złapie kontuzji, jestem szczęśliwy. Co do sukcesów w tym sezonie, to uważam, że już osiągnęliśmy sukces w postaci oficjalnego zatrudnienia Dalglisha na stanowisku managera oraz przez transfery zrobione do tej pory. Myślę, że jeszcze nie jesteśmy w stanie wygrać ligi (jednak obym się mylił), ale wielkim sukcesem będzie zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów i ustabilizowanie pozycji klubu po katastrofalnym sukcesie z Tomem Hickem i George Gilletem przy władzy.

- Mark Lawreson opisał Luisa Suareza, jako nowego Kenny’ego Dalglisha. Zgadzasz się z tą opinią?
Jestem konserwatystą, jeśli chodzi o ocenę graczy, chciałbym po prostu, żeby grali konsekwentnie przez kilka sezonów, zanim zacznę sypać im pochwały i porównywać do naprawdę fantastycznych zawodników. Suarez miał wspaniały poprzedni sezon, teraz gra dobrze na Copa America. Mógłbym patrzeć na jego stopy cały dzień i ciągle nie wiedziałbym, jak udaje mu się poruszać nimi tak szybko. Jestem bardzo podekscytowany współpracą Suareza z Andym Carrollem w nadchodzącym sezonie. Swoją drogą, nie sądzisz, że Suarez przypomina trochę Freddy’ego Mercury’ego? Powinniśmy poprosić go, żeby zaśpiewał Bohemian Rhapsody dla nas i zobaczyć, czy brzmią podobnie.

- Charlie Adam, Jordan Henderson, Stewart Downing – to do tej pory nowe nabytki Liverpoolu w tym okienku. Kto będzie następny, a może już wystarczy? Kto powinien opuścić Liverpool?

Jak wielu fanów Liverpoolu, zastanawiam się, jak będzie wyglądała nasza pomoc w tym sezonie – mamy w tym momencie mnóstwo zawodników w środku pola i wygląda na to, że nasza formacja będzie wyglądać jak 1-9-1 zamiast 4-4-2. Wielu zawodników zatrudnionych w przeszłości nie spełniło swoich oczekiwań, więc mam nadzieję, że obecne transfery to zmienią.

Myślę, że kupowanie pomocników powinno się skończyć i potrzebujemy sprzedać graczy, którzy się nie sprawdzili, takich jak Poulsen, Aquilani i Jovanovic, którzy mają też wysokie tygodniówki.

Uważam jednak, że wciąż musimy poprawić obronę. Realistycznie patrząc, Jamie Carragher nie pogra długo, a zawodnicy tacy jak Kyrgiakos nie są wystarczający dobrymi graczami, aby nosić koszulkę Liverpoolu.

Jeśli nasi nowi właściciele mają trochę wolnej gotówki, moglibyśmy kupić jeszcze jednego napastnika w przypadku, gdy Carroll będzie musiał odpocząć lub złapie kontuzję. A jeśli mają naprawdę wiele wolnej gotówki, może Lionel Messi nie byłby złym dodatkiem do składu?

- Jakie są Twoje oczekiwania na przyszły sezon? Czy Liverpool jest już wystarczająco mocny, żeby walczyć o pierwsze miejsce?

Liverpool musi odzyskać spójność, jaką mieliśmy w latach 70 i 80. Jednym z moich ulubionych cytatów Billa Shankly’ego jest ten, w którym reporter telewizyjny zapytał go, jaką drużyna zagra w następnym meczu. Shanks odpowiedział: ta samą, co w tamtym roku. Siła Liverpoolu zawsze bazowała na fakcie, że większość zespołu była stabilna, natomiast zawsze był jeden lub dwóch nowych chłopaków z drużyny młodzieżowej, którzy przebijali się i grali w seniorach. To znikło, kiedy Graham Souness objął funkcję managera i długi czas zajęło nam odzyskanie tego – jednak ciągle tam nie jesteśmy.

Wielkie wydatki Manchesteru City w ostatnich latach pokazały, że można zbudować drużynę bliską wygranej w Premier League kupując grupę wspaniałych zawodników, ale dominacja Man United ciągle pokazuje nam, że choć wielkie transfery są nieuniknioną częścią nowoczesnej piłki, to prawdziwym sekretem na dłuższą metę jest skupienie się na zachowaniu stabilizacji pierwszego składu oraz wprowadzanie kilku młodszych graczy co rok, najlepiej z młodzieżowego składu.

Odkąd Kenny powrócił, jako manager, byłem zadowolony widząc, że próbuje zawodników z Akademii takich, jak John Flanagan, Jack Robinson czy Jay Sprearing, jednocześnie jest w stanie przyciągnąć graczy, którzy nie przyszliby do Liverpoolu, jeśli Kenny nie byłby managerem. Ściągnięcie Luisa Suareza i Andy’ego Carrolla było fantastycznym posunięciem, a ostatnie nabytki w postaci Hendersona Downinga i Charliego Adama dają mi wielką nadzieję na przyszły sezon. Ale nie oszukujmy się – spójność Liverpoolu nie rozpadła się w przeciągu jednego roku i nie będzie przywrócona w ciągu jednego roku. To zajmie trochę czasu, zanim będziemy w stanie walczyć o krajowe i europejskie trofea, ale widzę wiele powodów do bycia optymistą. Wygranie ligi jest jeszcze poza naszym zasięgiem, ale szczerze wierzą w zakwalifikowanie się do Ligi Mistrzów.

- Steve, dziękuję w imieniu redakcji za wywiad. Na koniec może chciałbyś coś przekazać naszym Czytelnikom?

Nie pozwólcie nikomu powiedzieć, że piłka nożna to ‘tylko gra’ – to coś więcej, niż to. Piłka uczy, jak wygrywać, jak przegrywać i jak nigdy nie poddawać się w walce o to, o co chcemy. Każdy mecz daje nam czystą kartkę i szansę na rozpoczęcie wszystkiego od nowa, szansę na zrobienie czegoś inaczej. Czasami przegrywamy, kiedy powinniśmy wygrać, czasami wygrywamy, kiedy powinniśmy przegrać, a czasami nie potrafimy wrócić na właściwe tory pomimo wszelkich starań. Ale nigdy się nie poddajemy i nie tracimy naszego optymizmu (chociaż Bóg wie, denerwujemy się czasami) i jesteśmy z naszą drużyną na dobre i na złe. Jeśli tylko wprowadzilibyśmy podejście do piłki nożnej do życia prywatnego, świat byłby o wiele lepszym miejscem.

Do boju Czerwoni!

Więcej na LFCPoland.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz