... powiedział kiedyś Bill Shankly. Czyli wychodzi na to, że gram fatalnie, źle, żenująco. Powiedziałbym, że przystosowałem się do wczorajszej gry Liverpoolu, pokazując taki sam słaby poziom na hali. I nie usprawiedliwia mnie nawet to, że nie grałem pięć tygodni. Najpierw pieprzona kontuzja, przez co moje plany, co do gierki w Liverpoolu legły w gruzach, potem zeszłotygodniowa angina. To nie jest wytłumaczenie mojej katastrofalnej formy.
Pierwsze dwie interwencje jeszcze były dobre. Najpierw wybronione sam na sam, cudem odbita piłka od nogi, później dobre wybicie piłki na róg po dosyć mocnym strzale powinny dać mi pewność siebie, że jednak nie jest tak źle, że nie zapomniałem, jak się broni. Jednak potem było już tylko gorzej. Ehh, idiotyczna bramka puszczona w krótki słupek, kilka siatek zarzuconych, w tym jedna kompromitująca piłka wpuszczona między nogami z piętnastu metrów. Sam na siebie byłem wkurzony. I co z tego, że prawie zremisowaliśmy, skoro, mogliśmy wygrać, gdyby nie moje głupio wpuszczone bramki. Damn!
Może przeżywam to za bardzo, może jestem dla siebie zbyt krytyczny, ale co ja poradzę, że jestem ambitny i piłkę traktuję bardzo osobiście. Chcę zwiększać swoje umiejętności, a nie je obniżać. Dlatego moje postanowienie noworoczne jest proste: ruszyć dupę i wziąć się za siebie. Teraz, grając regularnie co tydzień, poprawię się, ale muszę się skupić na grze. I pod warunkiem, że nie przypałęta mi się żadna kontuzja. No, ale miało być bez usprawiedliwień. Po prostu bądź najlepszy, Rad. Bądź tak dobry, jak Twój ostatni mecz, który zawsze, ale to zawsze powinien być wygrany! Mam nadzieję, że the Reds też z tej rady skorzystają i to będzie nasze wspólne postanowienie noworoczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz