środa, 29 grudnia 2010

W Liverpoolu wszystko gra

Bardzo fajny artykuł znalazłem dzisiaj rano, przeglądając sobie dzienniki. Tekst napisał Robert Sankowski, a opowiada w nim historię Johna Lennona, to, jak w Liverpoolu obchodzono rocznicę śmierci Beatlesa i całą beatlesowską atmosferę mojego ukochanego miasta. Czyta się ciekawie i zdecydowanie za szybko, ale jeśli ktoś tak, jak ja, ma świra na punkcie tego miasta, odnajdzie wiele wspólnych cech, miejsc, wszystko będzie miał przed oczami. Bo myślimy obrazami, obrazami szczęścia i radości.

Zatem zapraszam!

-----


W Liverpoolu wszystko gra


Trzydzieści lat po śmierci Johna Lennona jego legenda wciąż żyje w rodzinnym mieście Beatlesów. Jak i zresztą mit całej Wielkiej Czwórki

- Czy wiesz, co zrobiłeś!? - wrzasnął przerażony José Perdomo, odźwierny Dakota House w Nowym Jorku, chwilę po tym, gdy najsłynniejszy mieszkaniec domu położonego na rogu 72. Alei i Central Park West osunął się postrzelony na ziemię. - Tak, właśnie zastrzeliłem Johna Lennona - odpowiedział beznamiętnie Mark Chapman.

Spokojnie czekał na policję. Zdjął nawet czapkę i kurtkę, żeby policjanci nie mieli wątpliwości, że poza pistoletem, który przed chwilą wytrącił mu Perdomo, nie ma już broni i nie planuje kolejnej strzelaniny.

W tym czasie były beatles jeszcze żył. Pierwsi policjanci, którzy przybyli pod Dakota House, próbowali go ratować i przewieźli do Roosevelt Hospital. W drodze muzyk stracił przytomność. Chwilę później, już w szpitalnym ambulatorium, lekarze stwierdzili zgon. Była godzina 23.15. 8 grudnia 1980 roku.

Ale Lennon - jako symbol muzyki rockowej i światowej popkultury - wciąż żyje. I ma się dziś nawet lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Najbardziej w jego rodzinnym mieście.

W Liverpoolu nie można narzekać na brak zajęć. Program weekendowego pobytu zapełnia się bez problemu i szybko zaczyna brakować w nim miejsca. Dla kibiców piłkarskich punktem obowiązkowym będzie wyprawa na jeden z najsłynniejszych stadionów świata - Anfield, siedzibę Liverpool FC. To nie tylko sam budynek, to także fantastyczna historia, imponujące muzeum z masą sportowych pamiątek (w jego salce kinowej non stop wyświetlany jest dokument o niesamowitym finale Ligi Mistrzów z 2005 roku z bramkarzem Jerzym Dudkiem w roli głównej), a także pomnikiem legendarnego trenera Billa Shankly'ego przed wejściem.

A jeśli ktoś nie lubi podążać za mistrzami i preferuje kibicowanie tym, którzy zawsze mają pod górkę, niedaleko gra przecież druga liverpoolska drużyna - Everton.

Dla poszukiwaczy atrakcji z wyższej półki w mieście są doki Alberta z połowy XIX wieku, dziś odrestaurowane i wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Tu jest lokalny oddział Tate Gallery. Można podziwiać m.in. prace Pabla Picassa, Maxa Ernsta, Salvadora Dali i Andy'ego Warhola.

Na nabrzeżu imponują portowe budynki - wśród nich wyróżnia się niesamowity Royal Liver Building, który bardziej niż z imperialną Wielką Brytanią kojarzy się z Nowym Jorkiem gdzieś z początku ubiegłego wieku. Tuż obok - iglica poświęcona pamięci ofiar "Titanica" - co ciekawe, pozbawiona jakiejkolwiek informacji o tym, bo fundujący ją armator statku, firma White Star, nie chciała odstraszać potencjalnych pasażerów swoich kolejnych rejsów.

Architekturą imponują tutejsze katedry: gigantyczna anglikańska utrzymana w monumentalnym neogotyckim stylu i nowoczesna katolicka (spora część półmilionowego Liverpoolu to potomkowie Irlandczyków). Zadziwia też Yates's Wine Lodge. Wyłączony z użytku budynek, który trzy lata temu zamieniony został przez rzeźbiarza Richarda Wilsona w gigantyczną instalację - wycięty na kształt koła fragment jednej z jego zewnętrznych ścian nieustannie okręca się wokół własnej osi, tworząc surrealistyczny efekt. Budynek miał zostać wyburzony po 2008 roku, gdy Liverpool był Europejską Stolicą Kultury, ale stoi do dziś. Dla relaksu można przepłynąć się promem po słynnej rzece Mersey. Albo wpaść do któregoś z pubów, gdzie nawet w poniedziałek grubo po północy trafi się muzyka na żywo.

Poza tym Liverpool to przede wszystkim The Beatles. Wielka Czwórka zrobiła - i wciąż robi - angielskiemu portowemu miastu fantastyczną reklamę na całym świecie. A w zamian Liverpool odpłaca się uwielbieniem, które czuje się na każdym kroku.

Na North John Street, jednej z bardziej reprezentacyjnych ulic miasta, działa od kilku lat Hard Days Night Hotel. Najlepszy hotel w Liverpoolu nie tylko nazwą związany jest z Beatlesami. Muzyka dyskretnie sącząca się z głośników, zdjęcia na ścianach, specjalna szafa grająca w hallu, ustawione na gzymsie nad wejściem figury Johna, Paula, George'a i Ringo - wszystko sprawia, że czujemy się, jakbyśmy nagle wylądowali w jakimś Beatlesparku.

Teraz reprezentacyjny apartament Johna Lennona. Dyskretny biały wystrój, biały fortepian w rogu, na dodatek imponująca panorama Liverpoolu za oknem - tu czuje się nie tylko komercyjny zamysł, ale i ducha Lennona. Zupełnie jakby John miał za chwilę wejść przez drzwi.

Po Liverpoolu prowadzi kilka objazdowych tras śladami Fab Four. Jest autokarowa Magical Mystery Tour, są specjalne taksówki Fab4, są w końcu wycieczki indywidualne.

Biorę udział w jednej z nich i mam poczucie, że to coś więcej niż tylko typowa wyprawa z aparatem śladami gwiazd popkultury. Domy Lennona i McCartneya - oba przekazane miastu - tchną dostojnym, muzealnym spokojem. Ale już na Arnold Grove pod numerem 12, gdzie wciąż mieszkają ludzie, można poczuć klimat, w którym wychowywał się George Harrison. Penny Lane, o której piosenkę napisał Paul McCartney, zaskakuje, bo na jednym z krańców tej zwyczajnej angielskiej ulicy nagle wszystko okazuje się takie jak w tekście beatlesowskiego klasyka - w witrynie zakładu fryzjerskiego wciąż są fotografie, na rogu działa bank, a na środku małego ronda stoi budka autobusowego przystanku.

Wrażenie robi Strawberry Field - nie ma już domu Armii Zbawienia, w którym kiedyś bawił się mały Lennon, ale został zimny, kamienny mur ogrodzenia i fantazyjna brama z pomalowanych na jaskrawoczerwono prętów. Na kamieniach mnóstwo inskrypcji we wszystkich językach świata. To miejsce wciąż żyje.

Tak samo jak na Mathew Street żyje Cavern - zrekonstruowany wiernie po przerwie w działalności klub, w którym na początku lat 60. zaczynali Beatlesi. Co prawda można tu trafić na jakichś imitatorów Wielkiej Czwórki. Ale są też występy młodych, oryginalnych artystów.

Parę kroków od Cavern o mur niedbale opiera się naturalnych rozmiarów posąg Lennona. Turyści robią sobie z nim zdjęcia, przybierając pozy, jakby był żywym człowiekiem. Znów wraca to wrażenie, że on gdzieś tutaj jest.

Liverpool potrafi podtrzymywać ten specyficzny klimat. Niby wydaje się, że z historii Johna i Beatlesów nie można wycisnąć już nic szczególnego. Tym bardziej że w Liverpoolu działa na stałe znakomita poświęcona im ekspozycja. Kapitalne multimedialne (w słuchawkach usłyszymy też przewodnika po polsku) The Beatles Story w Albert Dock z pietyzmem odtwarza historię grupy, fundując widzom wycieczkę wśród dziesiątków rekwizytów, płyt, instrumentów, filmów, nagranych wspomnień muzyków i piosenek.

A jednak tuż obok, nad Mersey Pier Head, otwarto niedawno zupełnie inną kolekcję - sporządzoną głównie z pamiątek i zdjęć należących do pierwszej żony Lennona Cynthii i ich syna Juliana. Prywatny, nieomal intymny wgląd w pierwsze lata kariery Beatlesów tworzy zupełnie inną, nową perspektywę, z której oglądamy Wielką Czwórkę.

Znakomitym uzupełnieniem jest prezentowana w pomieszczeniu obok wystawa "The Beatles Hidden Gallery" - seria zdjęć ukazująca Fab Four w latach 1963/64. Ten materiał zdjęciowy wykonany przez Paula Berriffa - kiedyś fotografa, dziś uznanego brytyjskiego dokumentalistę - przeleżał zapomniany w prywatnych zbiorach autora kilkadziesiąt lat. Światło dzienne ujrzał dopiero rok temu. Z fantastycznych czarno-białych zdjęć spoglądają czterej młodzi mężczyźni - pewni siebie, zadziorni, gotowi na podbój świata.

W Liverpoolu jest jeszcze jedna wystawa z czarno-białymi zdjęciami. W położonej tuż obok uniwersytetu Victoria Gallery obejrzeć można fotografie Astrid Kirchherr. Niemieckiej artystki, która była dziewczyną pierwszego basisty Beatlesów, zmarłego na wylew Stu Sutcliffe'a, ale też wpłynęła znacząco na image grupy. Na niezwykłych, wyglądających bardzo nowocześnie, jakby powstały na zamówienie jakiejś dzisiejszej akcji promocyjnej, zdjęciach oglądamy Beatlesów z okresu hamburskiego. Jeszcze nieoszlifowanych, trochę łobuzerskich rockandrollowców, którzy nawet nie marzą o mającej ich czekać karierze. Powoli, w obiektywie Kirchherr, przemieniają się w postaci, które wkrótce pozna cały świat.

Akurat ta ekspozycja ma związek z rocznicą urodzin i śmierci Johna Lennona. W całym mieście odbywają się dziesiątki akcji pod hasłem "John Lennon Tribute Season". Wykłady, wspomnienia, wystawy, a nawet specjalny koncert gwiazd musicalu - liverpoolczycy fetują swojego najsłynniejszego obywatela na różne sposoby. W październiku, w rocznicę jego 70. urodzin, Cynthia i Julian Lennonowie odsłonili w centrum miasta dedykowany mu European Peace Monument - rzeźbę łączącą elementy futurystyczne i symbole pokoju. Dzieło stoi tuż obok Liverpool One, największej w mieście galerii handlowej. Przy wejściu do galerii gości wita piętrowy sklep muzyczny HMV. Z jego witryny spogląda - oczywiście - gigantyczny, kilkumetrowy portret Wielkiej Czwórki.

W Liverpoolu wszystko da się skojarzyć z Beatlesami. A jeśli nie z nimi, to z muzyką. Na Anfield kibice śpiewają tu przecież jedną z najsłynniejszych piłkarskich pieśni - zaczerpnięte z musicalu "Carousel" "You'll Never Walk Alone". A gdy płynę promem po rzece, nagle z głośników dobywa się znany z lat 60. przebój grupy Gerry & The Pacemakers "Ferry Cross The Mersey". Przez moment dziwię się, że tej piosenki też nie napisali Beatlesi i że z głośników nie usłyszę głosu Lennona...

Bo w mieście, w którym lotnisko, gdzie lądują samoloty z Warszawy i Gdańska, nosi jego imię, to przecież zupełnie naturalne skojarzenie.

Więcej o Liverpoolu na www.visitbritain.pl i visitliverpool.com

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz