czwartek, 30 grudnia 2010

Sound of the Anfield Ground: Quo vadis, Liverpool?

Chyba każdy kibic zadaje sobie to pytanie po wczorajszej żenującej porażce Liverpoolu z Wolves. Reakcja the Kop po przegranym meczu była wyrazem frustracji i ogromnego niezadowolenia wynikami the Reds w tym sezonie. Powiedzmy sobie szczerze, z meczu na mecz jesteśmy coraz słabsi.

Katastrofalny mecz z Wolverhampton był fatalnym podsumowaniem mijającego roku. Roku pełnego niepokoju, frustracji i jednak nadziei na lepszą przyszłość. Siódme miejsce w sezonie 09/10, zwolnienie Rafy Beniteza oraz walka z Tomem Hicksem i George’m Gilletem: to głównie zajmowało nasze głowy. Okres wakacyjny przyniósł nam upragnioną nadzieję. Liverpool zatrudnił Roya Hodgsona, angielskiego managera, który doprowadził Fulham do finału Ligi Europejskiej w poprzednim sezonie, i z którym wielu kibiców wiązało wielkie nadzieje. Royowi w odzyskaniu blasku Liverpoolu miały pomóc transfery. Zakontraktowanie Joe Cole’a, za Javiera Mascherano pojawił się Raul Meireles, który kilkoma swoimi występami podbił serca the Kop, Paul Konchesky, Christian Poulsen, Milan Jovanovic, czy młodzi Jonjo Shelvey i Danny Wilson, to na nich głownie spoczywały nadzieje the Kopites na lepsze wyniki w nadchodzącym sezonie.

O ile rezultaty przedsezonowych sparingów nie napawały optymizmem, tak w Lidze Europejskiej szło Liverpoolowi dosyć dobrze. Niestety, w Premiership nie było już tak różowo. Jeśli jeszcze niefortunny remis z Arsenalem, czy porażkę na Old Trafford z Manchesterem United da się (ciężko, bo ciężko) przełknąć, to poniżające porażki z takimi „potęgami”, jak Blackpool, Northampton, Stoke, Newcastle czy wspomniane Wilki nie przystają najbardziej utytułowanemu klubowi w Anglii. Kibice mają tego dość.

Pomeczowe wypowiedzi Roya tylko podbudzają negatywne nastroje wśród kibiców. Czy Hodgson naprawdę uważa, że zadowolił kibiców tym, że LFC grało dobrze w drugiej połowie meczu derbowego? Chyba doskonale zdaje sobie sprawę, czym są derby, wszak ma doświadczenie z Interu czy Fulham. Nie trzeba Royowi tłumaczyć, że derby to sprawa życia i śmierci dla kibiców, szczególnie w Liverpoolu. A wczorajsze dywagacje Roya? 0-0 byłoby sprawiedliwym rezultatem. Dla Wilków może tak, ale nie dla Liverpoolu. Czy Roy uważa kibiców the Reds za ludzi o niskich ambicjach? Myślę, że każdy zna odpowiedź na to pytanie…

A miało być przecież tak pięknie. Październikowa zmiana właścicieli, listopadowe wygrane mecze z Napoli, Chelsea i West Hamem napawały optymizmem. Niestety, wszystko wróciło do normy. Dodajmy do tego jeszcze brak formy Torresa, Cole’a czy bezmyślne wystawianie zawodników na nie swoich pozycjach i mamy obraz tragicznego poziomu gry Liverpoolu. Poziomu, do którego nie jesteśmy przyzwyczajeni; poziomu, którego mamy dość i nie chcemy, aby powtórzyła się sytuacja z sezonu 1953/54, kiedy to spadliśmy z ligi. Czas zacząć działać!

Dlatego apeluję do właścicieli o jak najszybsze zaprzestanie poznawania realiów brytyjskiego futbolu i podjęcie zdecydowanych działań, które poprawią naszą sytuację. Stoicki spokój tym razem nie jest właściwym rozwiązaniem. Nie można doprowadzić do kolejnej wojny domowej na Anfield w tym sezonie.

Apeluję też do Roya. Kończ waść, wstydu oszczędź i pozwól naszemu klubowi piąć się w górę. The Kop dało wczoraj wyraz swojego niezadowolenia, co pokazuje, że relacje między kibicami, a managerem zostały złamane. Ciężko jest walczyć o coś bez wsparcia kibiców, a ze strony the Kop Roy już go nie uzyska. Dlatego wszyscy domagamy się dymisji. Niech Liverpool wejdzie w 2011 rok z nowym trenerem. Niech Liverpool wróci tam, gdzie jego miejsce, na szczyt. Niech Liverpool znów będzie wielkim Liverpoolem, czego w nadchodzącym roku życzę Wam i samemu sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz