poniedziałek, 17 stycznia 2011

come back

Wróciłem. Powrót do szarej rzeczywistości jakoś przechodzi gładko. Jakżeby było inaczej, skoro człowiek ledwo przyjechał i już musiał iść do pracy. Cóż, życie, przynajmniej nie straciłem za dużo urlopu. Tylko jeden dzień wykorzystany, nie jest źle.

Derby. Fajnie było tak w skrócie, nawet pomijając wynik i to, co się działo w pubie przed meczem. Mieliśmy farta, że nas poniosło już na the Kop drzeć japy. Kilka minut po naszym wyjściu było gorąco, o czym dowiedzieliśmy się z ogłoszenia na Anfield, które przekazał spiker. Brrr, na samą myśl dostaję gęsiej skórki. Zasrane szczęście.

Nie chce się o tym incydencie rozpisywać, bo nie wiem dokładnie, co się stało. Na razie krążą same plotki, ale jedno jest pewne, noże poszły w ruch. Mówi się o dwóch rannych, inne źródła ćwierkają o dwóch zadźganych, jeden w knajpie, drugi w Stanley Park. Witamy w latach 80...

Liverpool. Piękne miasto. Ciepło, 12-14 stopni i nie licząc małej ulewy przed meczem, było fantastycznie. Zmęczyłem się, ale czego to się nie robi, żeby spełniać marzenia. Gdyby tylko wynik był korzystniejszy.

Napiszę więcej. Ale nie dzisiaj, padam z nóg. Byle wytrzymać do tej północy i w końcu paść na łóżko.

Over.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz