niedziela, 2 stycznia 2011

Sound of the Anfield Ground: zwycięstwo na noworocznym kacu

Oj, powiało nam znów nadzieją po wczorajszym meczu na Anfield. Nadzieją noworoczną, nadzieją zmęczoną sylwestrowymi balami. I mimo grobowej niekiedy atmosfery na trybunach oraz tragicznej gry w pierwszej połowie, piłkarze Liverpoolu sprawili swoim kibicom szczęśliwy prezent noworoczny.

Co prawda pierwsza połowa tego nie zapowiadała. Nasi piłkarze grali tragicznie, na boisku wyglądali, jakby dopiero co wrócili z sylwestrowej balangi. Pomijając dwie sytuacje Maxiego, zawodnicy Hodgsona snuli się po boisku, zaliczając tylko niepotrzebne faule. Właśnie po jednym z przewinień straciliśmy bramkę. Czyli nic nowego w tym sezonie w wykonaniu Liverpoolu, słabe krycie przy stałym fragmencie gry i przegrywamy. Z pewnością Roy nie tak wyobrażał sobie przebieg tego spotkania.

Okazja do wyrównania zdarzyła się jeszcze w doliczonym czasie pierwszej części spotkania, ale Lucas fatalnie zmarnował dwustuprocentową okazję. Royowi w przerwie musiało być gorąco i czuł nóż na gardle. Wynik niekorzystny (który to już raz w tej kampanii?), brak wsparcia kibiców i ponownie słaba gra – to z pewnością nie są czynniki sprzyjające utrzymaniu posady.

Jednak w drugiej połowie widzieliśmy już inny Liverpool, Liverpool właśnie taki, jaki chcemy oglądać. W 49 minucie kibice na Anfield i przed telewizorami byli świadkami akcji, jak za starych dobrych lat. Wprowadzony w dwudziestej minucie, za kontuzjowanego Raula Meirelesa, Steven Gerrard zagrał kapitalną piłkę do Fernando Torresa, który fantastycznie uderzył z pierwszej piłki i wyrównał stan meczu. Hurra! Kibice szaleją, Torres cieszy się z bramki, jak wtedy, kiedy podbijał stadiony Premier League w pierwszym swoim sezonie, a Stevie pokazuje, że nie zapomniał, dlaczego kibice nadali mu przydomek „Captain Fantastic”. Hodgsonowi spadł kamień z serca, a nasi piłkarze nabrali na nowo wiatru w skrzydła.

Liverpool nareszcie zaczął grać z pomysłem. Raz za razem obrona Boltonu była rozrywana dokładnymi, prostopadłymi podaniami do napastników. Steven Gerrard rządził w środku pola, a Fernando Torres wspomagany przez Ngoga i Maxiego tworzyli sobie kolejne sytuacje do podwyższenia rezultatu. Ale żeby nie było tak kolorowo, błędów nie zabrakło. Pomińmy brak wykończenia pod bramką przeciwnika, ale niedokładne podanie Johnsona do Skrzela mogło obrócić się przeciwko nam. Tylko niedokładności Ivana Klasnicia zawdzięczamy to, że nie przegrywaliśmy w tym momencie 2-1. Również ręka Lucasa w polu karnym uszła płazem the Reds, gdyż sędzia nie odgwizdał tego przewinienia.

Jednak wynik 2-1 pokazał się na tablicy świetlnej na Anfield. Szczęśliwie dwójka widniała po stronie the Reds. Kontrowersyjną bramkę dającą zwycięstwo Czerwonych strzelił (choć to może za duże słowo do tej sytuacji) wprowadzony z ławki Joe Cole, który wepchnął piłkę do bramki duzym palcem u nogi, po tym, jak podanie Gerrarda zgrał Maxi Rodriguez.

Był spalony czy nie? Według arbitrów nie było. Według Owena Coyle’a owszem, był. Mam mieszane uczucia, co do tej sytuacji i byłbym skłonny zgodzić się z managerem Boltonu mimo swojego przywiązania do the Reds. Jednak decyzja sędziów jest niezmienna. To Liverpool zgarnął trzy punkty i zapewnił sobie noworoczne zwycięstwo, wprawiając, a raczej kontynuując szampański humor Kopites. Czy to zwycięstwo będzie punktem zwrotnym tego sezonu i odwróci nasze losy? Oby. W nasze serca znów została wlana nadzieja i bądźmy dobrej myśli, że chłopaki podtrzymają doskonałe rozpoczęcie i będą wygrywać w 2011 roku. Niech ten rok będzie rokiem Liverpoolu. Bo przecież po każdej burzy kiedyś wychodzi słońce…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz