piątek, 28 stycznia 2011

Sound of the Anfield Ground: odrodzenie?

I proszę, stało się! Zostałem wczoraj oficjalnie ponownie przyjęty w poczet studentów dziennikarstwa zaocznego Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Podanie o reaktywację zostało rozpatrzone pozytywnie, także od 19 lutego wracam na zajęcia. Znów będę walczył z wykładowcami, egzaminami, a przede wszystkim poprawiał i rozwijał swój warsztat dziennikarski.

- Zaraz, zaraz – podniesie się wrzawa wśród czytelników – co to ma wspólnego z Liverpoolem?! Już śpieszę z wyjaśnieniem. Aby to zrobić, musimy się cofnąć do października 2008 roku. Piątego dnia tego miesiąca 21-letni wtedy rzeszowianin rozpoczynał naukę na pierwszym roku dziennikarstwa, a Liverpool był na dobrej drodze do zdobycia dziewiętnastego tytułu mistrzowskiego, tak bardzo upragnionego przez kibiców i samych piłkarzy. Spektakularne zwycięstwa nad Manchesterem United u siebie, derbowa wygrana na Goodison i wyjazdowe, wywalczone po ciężkim boju, zwycięstwo 3-2 nad Man City potwierdzały aspiracje klubu na ten sezon.

Liga Mistrzów też nie była straszna dla the Reds. Spokojny awans z grupy ze świetnymi wynikami, dobre realizowanie założeń taktycznych i wykorzystywanie szans na zdobywanie bramek. Wszystko układało się fantastycznie. Zawodnicy grali jak natchnieni, chciało się oglądać te mecze, patrzeć, jak spokojnie i z radością piłkarze LFC rozgrywają między sobą piłkę. W tym czasie Master doskonale radził sobie na zajęciach, poznając tajniki dziennikarstwa i rozkoszując się możliwością rozwijania swoich umiejętności tak, jak robili to zawodnicy z jego ukochanego klubu.

Koniec 2008 i początek 2009 roku to okres troszkę słabszej gry Liverpoolu i sesji na uczelni dla Mastera. Walka z egzaminami była ciężka, podobnie jak walczył Liverpool, próbując uzyskać korzystne wyniki dla klubu. Niestety trzy remisy w lidze kolejno ze Stoke, Evertonem i Wigan nie satysfakcjonowały ani kibiców, ani piłkarzy. Na szczęście w lutym wszystko wróciło do normy. Wygrana nad Chelsea znów potwierdziła, że Liverpoolu należy się bać i powinno się liczyć nasz klub w walce o mistrza.

Przyszedł też czas na Ligę Mistrzów. Liga Mistrzów z Realem Madryt, czekała więc ciężka przeprawa. Dla Mastera to również była ciężka przeprawa. W tym czasie został dziennikarzem studenckiego portalu i stawiał pierwsze „profesjonalne” kroki w tym zawodzie. Pierwsze wywiady z Wojciechem Cejrowskim, Benem Otrębą czy Szymonem Hołownią były wielkim stresem, ale jednocześnie świetną zabawą i swoistą Ligą Mistrzów dla młodego adepta sztuki pisania publicznego. Ale wróćmy do poczynań Liverpoolu. Nie trzeba nikomu przypominać, jakimi wynikami zakończyły się potyczki z Realem, późniejszy, wspaniały mecz na Old Trafford przeciwko Manchesterowi United i wysokie zwycięstwa nad Aston Villą. Cudowne czasy.

Jednak w kwietniu nadszedł kryzys… Drugi semestr przyniósł problemy z ekonomią i innymi przedmiotami, niekoniecznie potrzebnymi (według Mastera) dziennikarzowi. O ile kariera na portalu studenckim się rozwijała, tak szkolna podupadła, podobnie jak wyniki Liverpoolu. Przegrana i odpadnięcie w Lidze Mistrzów oraz remis z Arsenalem w lidze bolały. I mimo wspaniałego pościgu i wygrania ostatnich pięciu spotkań w Premier League, było to za mało, aby dogonić MU, które ostatecznie zgarnęło podwójną koronę.

Kolejny sezon pominę szerokim milczeniem, z szacunku dla swoich spraw osobistych i wyników, jakie osiągał nasz klub. Bolesny sezon dla wszystkich kibiców powinien być jak najszybciej zapomniany, więc nie warto wspominać szczegółowo, co się działo. Najlepszym podsumowaniem rozgrywek w sezonie 09/10 niech będzie słowo: katastrofa. Siódme miejsce w lidze, odpadnięcie z wszelkich możliwych pucharów, zwolnienie Beniteza i jednoczesnie moja rezygnacja ze studiów kosztem wyjazdu do Anglii… Opuśćmy na to zasłonę milczenia.

- Ale w dalszym ciągu nie rozumiem, o co Ci, do cholery, chodzi – zapyta niejeden z Was. Skupmy się zatem na tym sezonie. Dla wielu z nas zatrudnienie Roya Hodgsona wiązało się z nadzieją na lepsze czasy po okropnym sezonie 09/10. Jak pokazały wyniki, było jeszcze gorzej… Jednak przyszedł nowy rok i kolejne zmiany. Hodgson został zwolniony, jego miejsce zajął Kenny Dalglish. Król, który dla kibiców jest, niczym święty. Król, który kieruje Liverpool ponownie na dobrą drogą.

Bo wystarczy popatrzeć na styl gry naszej drużyny pod wodzą Dalglisha. Zawodnicy grają radośnie, z pomysłem (wystarczy przypomnieć 31 podań w akcji, po której padła trzecia bramka na wyjeździe z Wilkami), cieszą się grą. Jakby wstąpiła w nich nowa nadzieja. Nadzieja, która gdzieś zginęła w 2010 roku, nadzieja, która teraz wróciła w serca i ponownie rozgrzewa je do Czerwoności. Ostatnie ligowe wyniki pozwoliły Liverpoolowi wspiąć się na siódme miejsce. Siódme miejsce, które w połowie sezonu, mając na uwadze pozycje w strefie spadkowej nie tak dawno, jest całkiem dobrym wyznacznikiem na drugą połowę sezonu. Ciągle jest masa punktów do zdobycia, do tego mamy wciąż szanse na triumf w Lidze Europy. Sukces wciąż jest przed Liverpoolem, wystarczy tylko dobrze się na niego nakierować i podążać ścieżką zwycięstw. Zwycięstw zarówno boiskowych, jak i tych poza nim, tak, abym miał o czym pisać w kolejnych artykułach, felietonach i pracach zaliczeniowych na studiach. Aby to odrodzenie Liverpoolu pomogło osiągnąć sukces, na który ponownie zaczynam pracować. Również i Wam, drodzy czytelnicy, życzę, aby przyszłe triumfy the Reds były siłą napędową do Waszych działań. Pomóżmy Liverpoolowi, aby pomóc sobie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz