środa, 12 stycznia 2011

Sound of the Anfield Ground: szacunek przede wszystkim

Przegraliśmy. Drugi raz w tym sezonie na Old Trafford okazało się nieprzychylnym miejscem dla Liverpoolu. Drugi raz też naszym katem został Dymitar Berbatov. W ligowym meczu strzelił the Reds trzy bramki, w niedzielnym spotkaniu pucharowym sędzia Webb dał się nabrać na teatralną sztuczkę Bułgara, dzięki czemu Liverpool odpadł z FA Cup.

Nie tak wyobrażał sobie debiut na ławce trenerskiej Kenny Dalglish. Jednak przyjemnie oglądało się poczynania the Reds na boisku Manchesteru. Zostaliśmy skrzywdzeni, to prawda, ale nie będę komentował decyzji arbitra, gdyż słowa, które cisną mi się na usta, nie nadają się do publikacji. Frustracja nie zmieni wyniku, musimy to przełknąć i wyciągnąć z tego meczu pozytywy.

A trochę ich jednak jest. Mimo gry w dziesiątkę przez ponad godzinę, piłkarze Liverpoolu nie złożyli broni. Nie przestraszyli się rywala, grali pressingiem i optycznie wyglądało to o wiele lepiej, niż za kadencji Hodgsona. Gdyby nie fantastyczna parada Kuszczaka po strzale Fabio Aurelio z rzutu wolnego, wyrównalibyśmy.

Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem, bo po drugiej stronie Reina też miał sporo pracy. Na szczęście, Diabłom nie udało się podwyższyć prowadzenia właśnie dzięki Pepe. Dobrze spisał się również młody Martin Kelly, który został wybrany przez kibiców Liverpoolu graczem meczu. Kto wie, czy młody Anglik nie zagości w pierwszej jedenastce na stałe, co dałoby Kenny’emu możliwość rzucenia rękawicy Glenowi i wystawienie go na prawym skrzydle pomocy. Zobaczymy, być może Dalglish weźmie pod uwagę ten pomysł w zbliżających się meczach.

Mimo wszystko, przegranego meczu, niesprawiedliwości arbitrów, czerwonej kartki dla Gerrarda, możemy być dumni z poczynań boiskowych naszych piłkarzy. Tak, wiem, to dopiero pierwszy mecz pod wodzą Króla, ale w chłopakach było widać zaangażowanie, radość z gry. Coś, czego już dawno brakowało na boisku w grze Liverpoolu. I miejmy nadzieję, że to będzie kontynuowane, a my jeszcze w tym sezonie zobaczymy stary, dobry Liverpool, który wygrywa mecze z łatwością.

Na koniec jeszcze kilka słów odnośnie pewnego tekstu, który pojawił się na jednej z polskich stron poświęconych Manchesterowi United wczorajszego poranka. Chyba większość kibiców wie, o który tekst mi chodzi, gdyż odbił się szerokim echem wśród polskiego środowiska kibiców the Reds.

Pseudo-artykuł, który w ogóle nie powinien się pojawić w żadnym szanującym się serwisie, nosi tytuł „Zaplute karły Liverpoolu”, w którym autor wylewa swoje frustracje w stronę Liverpoolu, mimo, że jego drużyna pokonała nasz klub. Dlaczego o tym wspominam? Przede wszystkim dlatego, aby ostrzec wszystkich piszących swoje teksty, aby nie wypuszczać podobnych, za przeproszeniem, gniotów. Wspominam o tym dlatego, że, mimo rywalizacji Liverpoolu z Manchesterem, powinniśmy zachować resztki rozsądku i szacunku dla rywala, jakkolwiek byśmy go nienawidzili.

Zacznijmy od początku. Autor tekstu już na początku ostro atakuje Liverpool, nazywając klub dziadowskim (ponoć to modne słowo ostatnio), a piłkarzy „parszywą jedenastką”. Ok, przyzwyczailiśmy się do wyzwisk, ale w czasie meczu. Wiadomo, że pomiędzy klubami iskrzy, ale przecież to nie powód, by na dzień dobry atakować.

Cóż, analizujemy dalej. Zaraz po wstępie, w pierwszym akapicie dowiadujemy się co nieco o autorze. Ponoć jest to starszy kibic, a wnioskując po komentarzach pod, nazwijmy to tekstem, wnioskujemy, że jest to mężczyzna koło trzydziestki. Z reguły po ludziach w tym wieku oczekuje się logicznego myślenia, twierdzeń podpartych logicznymi argumentami. Jak widać dalej w tekście, ten Pan jest wyjątkiem. W swoim życiu spotkałem wielu kibiców Manchesteru, wielu z nich jest moimi dobrymi przyjaciółmi, i mimo sprzeczek nigdy nie usłyszałem od nich takich słów, jakie miałem niemiłą okazję przeczytać w tekście autorstwa tego Pana.

Od szanownego, bądź co bądź, redaktora strony zionie chorą nienawiścią, wręcz fanatyzmem i stwierdziłbym, że nacjonalizmem. Przypatrzmy się. Szanowny Pan pisze, że nie uważa, aby znakiem rozpoznawczym fanów MU ma być arogancja, po czym pada stwierdzenie, że w jednym się zgadza ze wszystkimi fanami Diabłów: nie cierpimy Liverpoolu! Z czysto dzxiennikarskiego podejścia pachnie to hipokryzją, bo jak to możliwe, aby twierdzić jedno, a za chwilę obalić to stwierdzenie w tym samym zdaniu? Może Pan naoglądał się za dużo ostatnio Mr. Nobody, gdzie główny bohater miał dzieci i nie miał, co też się wzajemnie wyklucząło? Kto wie…

Dalej autor twierdzi, że wieszamy psy na Berbatovie, więc on, jako kibic United, powinien go bronić. Zatem ja też staję w obronie swoich zawodników, gdyż nazywanie Torresa połamańcem, a Gerrarda boiskowym bandytą i szują, jest jawnym atakiem, czyli czymś, przed czym autor ostrzega swoich pobratymców. Nie chcę przypominać i wszczynać walki na słowa w sprawie wślizgu Gerrarda, ale sugerowałbym przypomnienie sobie, jak w przesżłości grali chociażby Roy Keane czy Gary Neville i zweryfikowanie swoich słów. Kolejny przykład wzorowej hipokryzji.

Co najbardziej mnie poruszyło, to ogromna generalizacja ludności zamieszkującej Liverpool. Nie mam zielonego pojęcia, czy autor kiedykolwiek miał okazję być w Liverpoolu i poznać tamtejszych mieszkańców, ale nazywanie ich wszystkich bezwzględnie od złodziei jest bezprawne. Ciekaw jestem, czy Pan zdaje sobie sprawę, że takie obelgi są karalne. Chyba nie… Takie słowa to cios nie tylko dla samych kibiców Liverpool FC, ale całej polulacji zamieszkującej Liverpool.

Najważniejszy fakt to brutalne wspomnienie o Hillsborough i Heysel… Tak, zgodzę się tu z autorem, Heysel jest haniebnym wydarzeniem w naszej historii i nie powinno się w ogóle zdarzyć, ale jeśli chodzi o Hillsborough, to nie pozwolę, jako wieloletni kibic the Reds, o opluwanie ofiar tej nieszczęśliwej tragedii, w której zginęło niewinnie 96 kibiców, tylko ze względu na nieprawidłowości w zabezpieczeniu stadionu Sheffield! Potępiam każdy fakt naśmiewania się z tragedii typu Hillsborough czy monachijskiego wypadku piłkarzy Manchesteru, jak również to, co wypisuja niektórzy fani w kierunku autora, którzy życzą mu stracenia kogoś bliskiego. To cios poniżej pasa, a nie powinniśmy się zniżać do takiego poziomu. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, żeby nie rozmawiać z debilem, bo sprowadzi Cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem. Chyba warto to zastosować. Zostawmy hipokrytyczne wypociny na boku i kontunuujmy swoje, prawdziwe kibicowanie z należytym respektem dla rywali, kimkolwiek oni by nie byli: największymi wrogami czy zaprzyjaźnionymi klubami.

Tekst tego „fana” Manchesteru pokazuje jednak, jak wiele brakuje namm kibicom drużyn zagranicznych, do prawdziwego kibicowania i cieszenia się futbolem na wysokim poziomie. Owszem, ja również nienawidzę United, ale mam szacunek do tego, co osiągnęli, do ich historii. Tak, z moich ust również lecą bluzgi w ich kierunku w trakcie meczów tych drużyn. Jest tylko jedna wielka różnica: szacunek dla rywala, którego powinniśmy się uczyć wzajemnie. Apeluję o to do każdego kibica. Zachowujmy się, jak przystało na cywilizowanych ludzi i prawdziwych kibiców, z należytym respektem dla zawodników, trenerów i osiągnięć drużyn przeciwnych.

2 komentarze:

  1. eee a rasizm i antysemityzm to nie jest przypadkiem brak szacunku? :D
    rachunki za gaz duże ale Romek płaci ;PP

    btw. kawał dobrego tekstu :))

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz, to co my robimy z M., to doskonała forma żartu dla żartu, a nie nawoływania do nienawiści, jaka ewidentnie bije z tekstu, który przeanalizowałem, więc poruszasz tutaj dwie różne kwestie, Adaś ;)

    śmiać się śmiejemy, ale aż tak zawistni i zakompleksieni nie jesteśmy ;)

    pozdrawiam i dziękuję za miłe słowa :)

    OdpowiedzUsuń