Zdruzgotany, rozbity, znieważony, opluty przez własną drużynę... Mimo świetnej atmosfery w Irish Embassy, wynik zrobił swoje...
Bo bawiłem się fantastycznie, czułem się jak w Sandonie. Zewsząd dochodził mnie Scouse i, mimo że toffikowy, to jednak Scouse, za którym się już stęskniłem. Rozmowy z evertończykami, walka na przyśpiewki, cudowna atmosfera. Ale wynik zrobił swoje...
Jak nisko upadł Liverpool, że dostajemy wsparcie od evertończyków, którzy pocieszają nas, śpiewając nam nasz hymn?
Championship, witaj...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz