poniedziałek, 18 października 2010

Sound of the Anfield Ground: idąc przez burzę

Czarne chmury zawisły wczoraj nad Czerwoną częścią Liverpoolu. Wynik derbowego meczu mówi sam za siebie. 2-0 z Evertonem, który ostatnio regularnie dostawał od nas bęcki, z Evertonem, który nie powinien nam nawet zagrozić. Jednak po 90 minutach spotkania okazało się inaczej.

Everton dobił nóż tkwiący w sercach kibiców The Reds i z brutalną siłą go przekręcił, zadając niesamowity ból. A może to jednak nie Everton, tylko nasza ukochana drużyna zadała sobie ten druzgocący cios? Zastanówmy się.

OK, mieliśmy ostatnio frustrujące dni, które są wynikiem trzyletnich rządów panów Hicksa i Gilletta, ale w piątek już finalnie wszystko się naprostowało. H&G ulotnili się już z klubu, więc umysły piłkarzy powinny już w tym momencie skupić się tylko i wyłącznie na walce na boisku i zdobywaniu jakże nam potrzebnych punktów. Również pojawienie się Johna Henry'ego na derbach powinno zadziałać motywująco.

W wyjściowej jedenastce mieliśmy dziewięciu aktualnych reprezentantów swoich drużyn narodowych. Zawodników, którzy raczej nie są powoływani do składów za ładny uśmiech, tylko za umiejętności. Tym czasem tych umiejętności, za które dostają szansę godnie reprezentować swoje narodowe drużyny, wczoraj nie widzieliśmy.

Liverpool zagrał bez polotu, bez wiary w zwycięstwo. Na boisku wyglądało to tak, jakby The Reds przegrali to spotkanie już w szatni. Przez pierwsze 20 minut Everton bezpardonowo atakował bramkę strzeżoną przez Pepe Reinę. Tylko szczęście, tudzież niepoprawnie nastawione celowniki evertończyków uchroniły nas od straty bramki już w pierwszych minutach.

Pierwsza akcja ofensywna, którą przeprowadzili gracze w Czerwonych trykotach, nastąpiła w 23 minucie, kiedy Joe Cole wrzucił idealnie piłkę na głowę Torresa. Nasz numer 9 minimalnie jednak chybił. Jeszcze jeden strzał Lucasa Leivy z dystansu i to by było na tyle, jeśli chodzi o grę ofensywną naszego zespołu. Dodatkowo straciliśmy bramkę i na przerwę schodziliśmy, przegrywając 1-0.

Druga połowa przyniosła zmianę wyniku. Niestety to nie The Reds strzelili bramkę, lecz Everton. W 49 minucie piłkarzy i kibiców dobił Mikel Arteta, nie dajac szans Reinie. Mimo straty drugiej bramki, The Reds nadal grali beznadziejnie, brakowało pomysłu, motywacji (jakby wynik 2-0 w plecy nie był wystarczająco motywujący do ataku). Na twarzach piłkarzy malowała się obojętność, zrezygnowanie. Tak jakby piłkarze musieli rozgrywać ten mecz za karę.

Zmiany, jakich dokonał Roy Hodgson okazały się trafne. Babel i Jovanovic wnieśli ożywienie w naszą grę. Jedyne "ale", jakie mam, to dlaczego tak późno, panie Hodgson? Dlaczego też sami piłkarze obudzili się z letargu dopiero w 70 minucie? To nie Istambuł, podobny cud już raczej się nie zdarzy... Zmieniliśmy właścicieli, więc protest na boisku powinien się już zakończyć. A może nasi piłkarze dalej protestują, ale teraz przeciwko trenerowi Hodgsonowi? Czy potrzebujemy aż tak potężnego wstrząsu, jakim niewątpliwie będzie realne widmo spadku do Championship, aby obudzić się i walczyć o zwycięstwo w każdym meczu? Zbyt wiele pytań, za mało odpowiedzi i realnych powodów takiego stanu...

Smutna prawda jest taka, że w tym momencie drużyna, która całkiem niedawno była postrachem każdego teamu w Europie, zajmuje miejsce w strefie spadkowej. Osiemnastokrotny zwycięstwa ligi angielskiej, pięciokrotny triumfator Pucharu Europy po ośmiu kolejkach ma na swoim koncie sześć punktów... To nie jest sytuacja, do której my, kibice The Reds, jesteśmy przyzwyczajeni.

Wczorajszy mecz obnażył wszystkie nasze braki. Zero pomysłu na kreatywną grę, a jeśli już to chaotyczne, pozbawione pomysłu ataki, błędy w defensywie i głupie straty piłki. Zostaliśmy zdruzgotani i rozbici, gra Liverpoolu zhańbiła nas wspierających ten jakże wspaniały klub. I, mimo że będziemy ciągle dopingować The Reds, wczoraj zostaliśmy definitywnie opluci stylem porażki w meczu derbowym. A słowa Roya Hodgsona w pomeczowych wypowiedziach znieważyły dogłębnie.

Zagraliśmy bardzo dobry mecz, drużyna wyglądała dobrze - powiedział Roy po meczu. Panie Hodgson, po przeczytaniu tego poczułem się, jakbym dostał w twarz. I pewnie wielu z nas odczuło to samo. Mocne uderzenie prosto w policzek. Niestety, ale zagraliśmy fatalnie, co odzwierciedla nasza sytuacja w tabeli i jeśli szybko coś się nie zmieni, to złote niebo będzie dalej tylko marzeniem. Zarówno dla Liverpool FC, Roya, jak i nas samych...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz