wtorek, 5 października 2010

Wszyscy jesteśmy zwycięzcami!

Nic nie zapowiadało tak udanej zabawy połączonej ze szczytnym celem. A jednak pierwszy weekend października przejdzie do historii spotkań kibiców w Rzeszowie.

Idea spotkania zrodziła się na początku września, zaraz po udanej integracji kibiców Liverpoolu i Arsenalu. Początkowo mieliśmy rozegrać tylko sparing między naszymi ekipami, lecz po kilku rozmowach stwierdziliśmy, że rozegramy nieoficjalny turniej. Rozesłaliśmy informacje na fora Valencii, Chelsea oraz Realu i Interu. W ostatniej chwili jednak drużynę z Włoch zastąpiła ekipa Manchesteru United i tak oto skompletowaliśmy sześć drużyn walczących o prymat i honor swoich ulubieńców.

Turniej połączyliśmy ze zbiórką pieniędzy dla chorego Dominika. Dwuletni chłopczyk urodził się z rozszczepem kręgosłupa i pewne już, że będzie do końca życia jeździł na wózku oraz że czeka go długa i kosztowna rehabilitacja. Pomysł zbiórki pieniędzy wyszedł ponownie ze strony APSC, a dokładnie od Rafała, który przekazał wszystkie informacje na temat dziecka. Wspólnie rozesłaliśmy posty na fora wszystkich drużyn i rozpoczęliśmy przygotowania do akcji charytatywnej. Rafał przygotował puszkę i byliśmy gotowi na turniej.

W końcu nadszedł upragniony dla wielu drugi października. Dla sporej części zawodników przyjazd do Rzeszowa był ich pierwszym w życiu i po części obawiałem się trochę, jak przyjmą nasze miasto. Na szczęście moje obawy zostały szybko rozwiane. Już od godziny 6 rano do stolicy Podkarpacia zaczęli zjeżdżać się uczestnicy turnieju. Pierwsi zawitali kibice Valencii wraz z dwoma fanami Liverpoolu, którzy to przyjechali aż z Warszawy. Szybkie zapoznanie i udaliśmy się wspólnie pod McDonalda, gdzie ustaliliśmy miejsce zbiórki. Gdy już wszyscy przyjezdni się zjawili, udaliśmy się do ośrodka, gdzie nocowali, a następnie prosto na boisko.

Areną naszych sportowych zmagań okazał się Orlik przy VIII Liceum Ogólnokształcącym. Turniej rozpoczął się od podzielenia drużyn na dwie rywalizujące grupy. Losowanie przeprowadziła McDzik, która do grupy A wylosowała naszych przyjaciół z APSC, Valencię oraz Manchester United. W grupie B znaleźli się gospodarze turnieju, Real Madryt oraz Chelsea. Wszystkie trzy ekipy doskonale znają się z wakacyjnych spotkań na Orlikach, nic więc dziwnego, że okrzyknięto tę grupę „grupą śmierci”.

Pierwsze spotkanie rozegrali starzy przyjaciele z Kalwarii, czyli Arsenal z Valencią. Mecz toczył się pod dyktando Kanonierów, którzy pokonali Nietoperze z Valencii 3-1.

Kolejne spotkanie rozgrywane było pomiędzy Liverpoolem a Realem Madryt. Ekipa The Reds zagrała w następującym składzie: Master – Bycu, Serek, Bałtur – Dustin – Droździk oraz Damian i Mateusz vel Gruby na zmianie. Spotkanie z Realem układało się remisowo z lekkim wskazaniem na drużynę LFC. Jednak na przerwę żadnej ze stron nie udało się zdobyć bramki i schodziliśmy na przerwę z bezbramkowym remisem. W drugiej połowie wyszliśmy na prowadzenie za sprawą gola zdobytego przez Dustina. Niestety na trzy minuty przed końcem Real zdobył wyrównującego gola (biorę tę bramkę na siebie, bo mimo że byłem zasłonięty, to powinienem przenieść piłkę nad poprzeczkę) i, podobnie jak w Kalwarii, mecz zakończył się podziałem punktów.

Drugi mecz grupy A to spotkanie Arsenalu z Man United. Kanonierzy niestety ulegli ekipie Man Utd 3-0 i mocno skomplikowali sobie wyjście z grupy. W drugim spotkaniu grupy B doszło do pojedynku Liverpoolu z Chelsea. Obawialiśmy się tego spotkania, mając w głowach wcześniejsze nasze mecze na Słoninie. Tym bardziej, że Chelsea wyszła mocno zmotywowana, żeby nas pokonać. Na szczęście dla The Reds, warszawsko-krakowskie trio zgrało się idealnie z rzeszowskim trzonem drużyny i nie przestraszyliśmy się pewnych siebie The Blues. Spokój w grze defensywnej podbudowany cudowną grą destrukcyjną Byca i Serka oraz kilkoma dobrymi interwencjami z mojej strony pozwoliły myśleć o zwycięstwie. I stało się. Dwie bramki Bałtura oraz po jednej strzelonej przez Serka, Drozda i Dustina pogrążyły Chelsea, a my osiągnęliśmy komfortowe, cudowne i dające nam awans zwycięstwo 5-0. Widzieć płaczących kibiców Chelsea po przegranym meczu z Liverpoolem: bezcenne. Za całą resztę zapłacisz kartą Mastercard.

Ostatnią kolejkę zmagań grupowych zakończyły mecze Valencii, która pokonała Manchester United 4-1. Wysoka wygrana sympatyków klubu ze słonecznej Hiszpanii dawała szanse na awans Arsenalowi, lecz do szczęścia Kanonierów zabrakło jeszcze jednej bramki strzelonej przez kibiców Nietoperzy. W grupie B po zaciętym meczu Real wygrał z Chelsea 4-3. Ostatecznie z grupy A awansowały ekipy Valencii i MU dzięki lepszemu stosunkowi bramek. W grupie B awans z pierwszego miejsca z 4 punktami i stosunkiem bramek 6-1 wywalczył Liverpool. Drugie miejsce z identycznym dorobkiem punktowym zajął Real.

Pierwszy półfinał rozegrały drużyny Liverpoolu i Manchesteru. Kolejny mecz ze znienawidzonymi rywalami okazał się dla nas aż nazbyt łatwy. Zagraliśmy na luzie, nie pozwalając diabelskim chłopakom na choćby podejście pod nasze pole karne. Bramki zdobyte przez Serka, dwukrotnie przez Karola i Bałtura oraz jedna zdobyta przez Dustina dawały nam znakomity wynik. Jednak chwila dekoncentracji w szeregach obronnych kosztowała nas utratę gola, którego zdobył Bałtur, zaliczając trafienie samobójcze. Na więcej jednak ekipie MU nie pozwoliliśmy i spokojnie dowieźliśmy wynik 6-1 do końca spotkania.

Hiszpański półfinał był emocjonujący od pierwszych do ostatnich sekund. Valencia w pierwszej połowie objęła prowadzenie, lecz na początku drugiej części gry Real doprowadził do remisu. Kiedy już wszyscy zgromadzeni wokół boiska spodziewali się konkursu rzutów karnych, w ostatniej akcji po długim wyrzucie piłki z autu i uderzeniu głową Valencia zapewniła sobie miejsce w finale, gdzie już czekał Liverpool.

W meczu o piąte miejsce spotkały się dwie londyńskie ekipy: Arsenal i Chelsea, więc mieliśmy niejako przedsmak niedzielnego spotkania w Premier League. Arsenal, mimo dwubramkowej przewagi, nie zdołał pokonać Chelsea i ostatecznie przegrał kolejną w tym turnieju „bitwę o Anglię” 2-5.

Spotkanie o trzecie miejsce to praktycznie jednostronne show kibiców Realu, którzy łatwo i przyjemnie pokonali drużynę kibiców Manchesteru United 6-2.

Finał został okrzyknięty „meczem przyjaźni”. Obie drużyny wspólnie integrowały się podczas czerwcowego turnieju w Kalwarii i to właśnie kalwaryjskie wspomnienia zdominowały ten mecz. Jednak nie ulegliśmy melancholii i w pełni skupieni i zmotywowani wyszliśmy grać o zwycięstwo. Zaowocowało to bardzo dobrą grą naszych zawodników zarówno w defensywie, jak i w ofensywie. Formą błysnął Dustin, który trzykrotnie wpisał się na listę strzelców. Wszystkie trafienia zostały dedykowane naszej asystentce trenera, McDzik, która motywowała nas zza linii bocznej. Motywacja zrobiła swoje, gdyż Serek dołożył kolejnego gola i prowadziliśmy już 4-0. Pod koniec meczu straciliśmy bramkę. Valencia wykorzystała rzut wolny pośredni za zagranie ręką naszego zawodnika i po fantastycznym strzale w samo okienko naszej bramki, zdobyła bramkę kontaktową. Jednak do końca meczu nie pozwoliliśmy już chłopakom na nic więcej i z wynikiem 4-1 to Liverpool świętował ostateczny triumf w turnieju.

Wieczorna integracja w pubie "Corner" rozpoczęła się planowo o 18. W niej prym wiodły ekipy Arsenalu i Chelsea, czyli główni bohaterowie niedzielnego dania głównego w EPL. W przyśpiewkach obie ekipy wspomagali kibice Valencii i Liverpoolu. Tego wieczoru rzeszowski Rynek długo nie zapomni. Wspólna integracja wszystkich ekip była chyba większą atrakcją, niż akustyczny koncert Dżemu podczas Breakout Days. Ludzie, zaciekawieni głośnymi śpiewami dochodzącymi z pubu, wchodzili, rozmawiali i pytali, co tu się dzieje. Widać było na ich twarzach swoista ciekawość i chęć zasięgnięcia choć rąbka informacji na temat donośnych, niepolskich śpiewów. O godzinie 22 czekał nas jeszcze mecz Valencii w La Liga. Nietoperze wygrały i można było zbierać rozśpiewane towarzystwo, aby odpocząć przed czekającą nas batalią, jaką bez wątpienia są derby Londynu.

Niedzielny poranek zaczęliśmy od przeliczenia zebranych pieniążków dla Dominika. Wspólnie z Krzyśkiem - modo z APSC zliczylismy złotówki i bardzo pozytywnie się zaskoczyliśmy. Na kalkulatorze widniała kwota 725,89 zł, co było doskonałym wynikiem, jak na 24 godziny zbiórki w totalnie amatorskim turnieju. Puszka wędrowała przez całe rozgrywki w sobotę, a po przeliczeniu w niedzielę stwierdziliśmy, że do końca derbów jesteśmy w stanie zebrać co najmniej 800 zł. Zebraną kwotę, póki co, wpłaciliśmy na konto i ruszyliśmy wspólnie z APSC kontynuować dalszą integrację. Po drodze pożegnaliśmy się z kibicami Valencii, którzy, ze względu na transporty w różne części Polski, opuszczali nas wcześnie rano.

Po śniadaniu w McDonaldzie udalismy się do Heliosa na bilard, piłkarzyki i dart. We wszystkich dyscyplinach gier barowych brylowali poszczególni Kanonierzy. W bilarda niezaprzeczalnie rządził modo, w darcie karty rozdawał Drexler, a w cymbergaja wszystkich po kolei roznosił Pawlaczek. Coraz bliżej jednak było do godziny zero, więc ok. godziny 14 wróciliśmy z powrotem do Cornera, gdzie APSC zaczęło przygotowania do dopingu swojej drużyny. Większość gardeł została rozgrzana "wściekłymi psami", a im bliżej meczu, tym donośniejsze stawały się śpiewy Kanonierów i ekipy Chelsea, która również zjawiła się w pubie.

Choć mecz wygrała Chelsea, tak w pojedynku dopingowym w Cornerze niezaprzeczalnie wygrali fani Arsenalu. Sufit w pubie z pewnością popękał od arsenalowych przyśpiewek i na długo to zapamięta. Piekną sprawą było odśpiewanie "You'll Never Walk Alone" przez kibiców Arsenalu dla nas, przybitych fanów The Reds, kiedy dowiedzieliśmy się o wyniku w naszej potyczce z Blackpool. Dziękujemy, ciarki przechodzą, kiedy śpiewamy to na Anfield, ale usłyszeć to z ust kibiców drużyny, z którą się rywalizuje: cudowne. Pełne wyrazy szacunku dla The Gunners za ten gest.

Po meczu nadszedł czas kolejnych pożegnań, czyli część każdego spotkania, którego nikt nie lubi. Pomimo wygranej Liverpoolu w turnieju, dopingowego zwycięstwa Arsenalu oraz trzech punktów w lidze dla Valencii i Chelsea, wszyscy uczestnicy rzeszowskiego Charytatywnego Turnieju Kibiców 2010 są zwycięscy. Potrafiliśmy się zebrać w cudownej, słusznej sprawie, zagrać i pomóc choremu dziecku. Ten dar naszego serca, wspólne przekazanie 800 zł (z oficjalnym podliczeniem po meczu derbowym) dla rodziców i skandowanie w sobotni wieczór życzeń zdrowia i stu lat dla Dominika ukazało, że kibic to nie tylko fanatyk i zapaleniec, ale też dobry i wrażliwy człowiek. Ukazało to, że niezależnie od tego, czy w naszych żyłach płynie Czerwona, Niebieska, Biała, Diabelska, Pomarańczowa czy Kanonierska krew, potrafimy się zjednoczyć i spotkać się w pięknej sprawie. To nasza wspólna wygrana i miejmy nadzieję, że Dominik uczyni to samo oraz że będzie szedł przez życie z radością w sercu i uśmiechem na ustach wspominając w przyszłości nasze zjednoczenie i mały wkład w polepszenie jego życia. Trzymajmy za niego kciuki i oby do ponownego, szybkiego zobaczenia. You'll never walk alone!

1 komentarz:

  1. Bardzo dobry artykuł i zgadzam się z tym, że wszyscy są zwycięzcami ;) Tych dni w Rzeszowie chyba nigd nie zapomnę. Amunt Football Clubs !

    OdpowiedzUsuń