Ksiaze Ciemnosci rozpostarl swoje czarne skrzydla przypatrujac sie im z duma. Usiadl na wzgorzu i pod oslona nocy wbil swoje przerazliwie wielkie, ogniste oczy w miasto. Wypatrywal kolejnego przeciwnika, myslac nad tym, aby ten okazal sie nareszcie godna osoba do walki. Jego umysl wspominal poprzednie potyczki i tych slabych gnojkow, ktorzy rozpierzchli sie juz po pierwszych ciosach.
- Nareszcie! Mam cie! - krzyknal sam do siebie. Spogladal na mlodego chlopaka, ktory spal spokojnie, nieswiadomy niebezpieczenstwa. Czarna postac wzbila sie w mrok nocy i przygotowala sie do ataku, niczym orzel nurkujacy w kierunku swojej ofiary.
(...)
cdn.
-----
Niespokojnie spie ostatnimi czasy. Zasypiam szybko, ale w srodku nocy budze sie z gluchym krzykiem. Strach, bol, niepewnosc. Wtulam sie w spiaca M., doznaje ukojenia, znow zasypiam, by calosc powtorzyc od nowa. Moje sny sa tak wyrazne, tak szczegolowe i realistyczne, a jednoczesnie krotkie i przeskakujace z motywu na motyw. Jak chociazby ostatniej nocy...
Pedzilem samochodem. Wybrzeze Atlanty uciekalo za szyba z predkoscia swiatla. Moje krwistoczerwone Lamborghini nabieralo niebotycznej predkosci. Brakowalo tylko przeciwnikow w tym morderczym rajdzie. Krajobraz tak znajomy, jakbym znajdowal sie w podkreconym NFS-ie z 1998 roku, czy kiedy tam ta trzecia czesc tej serii wyszla.
I nagle przeskok. Jestem w Liverpoolu na Lime Street. Ale to nie dworzec kolejowy. Schody niby te same, ale glowne wejscie jak do jakiegos hotelu. Siedzialem na nich i wyczekiwalem, sam nie wiem, czego lub kogo. I nagle przyszedl. Bartek. Usiadl obok. Zaczelismy rozmawiac, potok slow plynal z naszych ust. Nie moglismy sie nagadac, w koncu tyle sie nie widzielismy, a przeciez to jeden z moich niewielu prawdziwych przyjaciol. Brakowalo mi go, a teraz siedzielismy razem na schodach Lime Street, rozmawialismy i popijalismy piwo. Trzecia butelka stala pelna. M. pojawila sie w drzwiach hotelu i nagle wykopala mi butelke z reki, biorac ta trzecia i mowiac, ze ja juz nie bede wiecej pic.
Znow przeskok. Jestem w Rzeszowie na Wiadukcie Tarnobrzeskim. Naprawiam samochod jakiemus ciapasowi. Otworzylem maske, a ten wpieprza mi sie i mowi, ze to przez te plyte CD, ktora mu nagralem, bo mp3ki sa zapakowane do folderow. Pokazuje mu na laptopie, ze wszystko jest ok i to na pewno nie przez to samochod nie dziala, ale on dalej swoje. Co za durni ludzie! Zaczyna mnie wyzywac od idiotow i debili, lapie go za fraki, wychylam dupka zab arierki wiaduktu i krzycze mu, ze zaraz pozwiedza pociagi, jesli sie nie zamknie.
Bum! Zmiana otoczenia. Wiosna, wszystko sie zieleni, a ja spaceruje po parku razem z M. Trzymamy sie za rece, usmiechamy, sluchamy spiewu ptakow. Jest cudownie, bajkowo. Idziemy alejkami, spotykamy Bartka z jakas dziewczyna. Stoi odwrocona plecami, ale jakbym ja skads znal. Odwraca sie i usmiecha. Niemozliwe staje sie faktem. Bartek spotyka sie teraz z S. Jednak ona mydli mu oczy i przy nas wyjawia prawde. Jest z nim tylko dlatego, zeby zblizyc sie do nas, aby znow byc ze mna.
Nie wiem, co dalej. Stoje na srodku jakiejs ulicy w centrum jakiegos miasta. Pada rzesisty deszcz, wokol pelno ludzi spieszacych sie nie wiadomo gdzie. Krople deszczu obmywaja moja twarz z lez. Lez wywolanych przez M., ktora krzyczy na mnie.
- To przez Ciebie! Dziecko nie zyje przez Ciebie! Za malo sie starales, jestes nikim! Zabiles je, rozumiesz?
Powtarza to caly czas, popychajac mnie w strone jezdni. Kazde slowo wbija sie w moje serce, niczym sztylet, powodujac nieziemski bol.
- Zabiles je, rozumiesz?! Jestes nikim! Zabiles je!
Jeszcze jedno popchniecie i wyladuje pod kolami jakiegos samochodu. Popycha mnie i...
Budze sie zlany potem. M. spi obok spokojnie. Poranek jest szary. Wtulam sie w Nia i szeptam, ze bardzo Ja kocham.
-----
Coraz wierksze watpliwosci. Moja glowa peka. Nie jest dobrze. Nie mamy za co zyc, nie mamy na mieszkanie. Widmo porzki zbliza sie wielkimi krokami. Dofinansowania nie dostalismy. M. nie ma pracy, a ja, tylko dlatego, ze wzialem dzien wolny na zalatwienie sprawy w urzedzie, stracilem na ten tydzien nawet prade w zasranych parowach. Mimo, ze jej nienawidzilem, to pracowalem, bo potrzebujemy pieniedzy. A teraz nie mam nawet tego... Cholerne stworzenia w glowie panosza sie coraz bardziej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz